Uwielbiam pracę w
przedszkolu: jeszcze jestem na wakacjach! Zaczynam w połowie sierpnia. Na
szczęście podpisałam już nowy kontrakt i muszę dostarczyć dokumenty do Karty
Pobytu. Za niedługo stanę się rezydentką Wietnamu.
Podróż do Sajgonu minęła
bez większych atrakcji, jedynie niemiłosiernie się dłużąc. Cały czas byłam
zatopiona we własnych myślach i być może udało mi się poukładać w głowie kilka
spraw. Jeszcze się okaże. Leciałam z Warszawy do Dohy (na Półwyspie Arabskim).
Czekałam niemalże 7 godzin na kolejny
lot już na Południe Wietnamu. Wśród standardowych informacji na pokładzie
samolotu usłyszeliśmy, że obecnie trwa Ramadan i zabrania się jeść i pić przed
zapadnięciem zmierzchu. Nie mam pojęcia, czy obcokrajowcy stosują się do
takiego zalecenia w międzynarodowym porcie lotniczym, ponieważ do Dohy doleciałam
już po 18. Ja tak czy owak nie odmówiłam sobie podgryzania borówki
amerykańskiej.
Z innych ciekawostek: w
samolocie do Sajgonu miałam miejsce przy oknie. Maszyna była zapełniona,
głównie Niemcami. Siedzenie obok mnie było wolne. Zauważyłam matkę z około
5-cio letnim dzieckiem, która z zakłopotaniem na twarzy spoglądała na bilet
kręcąc głową na prawo i lewo. Jak łatwo mogłam się domyśleć ona i dziecko miały
siedzieć po przeciwnej stronie alejki. Nie proponowałam, że się przesiądę (co
wiedziałam, że wcześniej czy później trzeba będzie zrobić) tylko czekałam w
jaki sposób młoda matka rozwiąże ten jakże niebanalny problem. Podeszła więc do
stewarda i poprosiła go o interwencję. Oczywiście grzecznie się mnie zapytał,
czy podróżuję sama i czy nie miałabym nic przeciwko, żeby zmienić swoje
miejsce, ponieważ w ten sposób i matka, i dziecko mogą siedzieć obok siebie.
Bez problemu przesiadłam się na wskazane miejsce. Otóż obowiązek interakcji ze
mną został zrzucony na stewarda, w końcu taka jego rola. Czy ludzie obawiają
się prośby o przysługę?
Już z sajgońskiego
lotniska spokojnie dotarłam taksówką do domu
tłumacząc cały czas kierowcy drogę. To nie jest wcale takie oczywiste, gdzie
jaka ulica się znajduje.
Po kilku godzinach miałam
już dom pełen gości i częstowałam ich sałatką grecką, serami, wędlinami oraz
egzotycznymi owocami (borówka amerykańska, śliwki i czereśnie).
Moje przytulne mieszanko
w żaden sposób nie okazywało znaków rozłąki. Żadnej nowej pleśni, ton robactwa (nie
liczę zasuszonego gekona pod oknem) czy też śladów włamania. Nie dowierzałam również,
że moja stara honda odpaliła już za pierwszym kopnięciem. Mieszkanie na
strzeżonym osiedlu ma na pewno swoje plusy. Nie muszę się martwić, że ktoś może
mi wyłamać drzwi i wynieść wszystko, co tylko mu się zamarzy. W piątek miałam
wyjść „na miasto” z Maraj. Jednakże jak się okazało, zostali obrabowani i to w
biały dzień. Nie było ich w domu zaledwie 7 godzin. Wszystkie bramy i drzwi
wejściowe były pozamykane na kłódki, w oknach kraty. Złodziej więc wpadł na
nieco mniej konwencjonalny pomysł i wspiął się na dach. Porozbijał kilka
dachówek, przebił panele na suficie i wszedł do środka. W sumie z innych
alternatyw mógł jeszcze zburzyć ścianę, albo i zrobić podkop. Dach zdawał się
być najłatwiejszą opcją. Zginęły im pieniądze a jak się okazało Luan dzień
wcześniej dostał swoją pierwszą, od niemalże roku, wypłatę. Nikt nie mógł się
nadziwić jak perfidnym okazał się być złodziej. Jak można przedziurawić komuś
dach w porze deszczowej? Szczyt chamstwa. Na szczęście, na kilka minut przed
potężnymi opadami, udało się go załatać. Na miejsce przyjechała policja i
jedyne co zrobili to popstrykali kilka zdjęć ściany Iphonem. A na ścianie były
całe odciski stóp i rąk wspinającego się na dach złodzieja. Policjant piszący
raport okazał się w dodatku totalnym analfabetą nieznającym podstawowych zasad
ortograficznych. I w ten sposób zamiast „utracili” (słowa zapewne często
używanego w policyjnych raportach rabunkowych) napisał „twarz”: mất - mặt. Uwierzcie mi, że różnica jest olbrzymia,
jako, że wietnamski jest językiem tonalnym, w którym dominują jednosylabowe
słowa wyróżniające się oddzielną wymową i zapisem. W ramach prewencji Maraj i
Luan już zatrudnili znajomego matki, który za około 120$ miesięcznie będzie
przychodził 5 dni w tygodniu pilnować domu, podlewać kwiaty i sprzątać, podczas
gdy oni będą w pracy. Coś ostatnimi czasy nie mają szczęścia. Jakieś 2 miesiące
wcześniej ktoś im ukradł kota i zapewne zjadł. A jeszcze we wcześniejszym domu
na oczach Maraj dwóch mężczyzn niemalże zatłukło się kamieniami z jej ogródka
warzywnego.
Dziurawy dach w porze deszczowej
Złodziej wyszedł z domu tą samą drogą, jaką wszedł, mimo faktu, że od środka mógł sobie otworzyć drzwi.
I może mieszkam w białym
getcie, ekspatowym „Beverly Hills”, ale na pewno nie zamieniłabym już za żadne
skarby mojego mieszkanka. Od czasu do czasu dokarmiam sympatycznego ochroniarza
i czuję się tam spokojnie i bezpiecznie. Ale pewnie to i tak tylko kwestia czasu, kiedy mnie okradną. Czy też w domu, czy na ulicy. A kradną przecież nie tylko w Wietnamie, w Polsce też. Mojej cioci ostatnio wynieśli cały alkohol z drewnianego domku na działce. A poza tym nic więcej nie zginęło :).
Kolejny rok w Wietnamie. To będzie dobry rok, tak samo jak Częstochowa dobrym miastem jest! To miał być taki suchar;) Obecnie slogan promujący Częstochowę brzmi: "Częstochowa, to dobre miasto". Przegrał z innym hasłem: "Częstochowa rzuca na kolana". Życzę miłej niedzieli :).
Hej Ania,
OdpowiedzUsuńW najbliższych 2-3 miesiącach wybieram się z AIESECkiem do Azji południowo-wschodniej. Czy mogłabyś powiedzieć jaka pensja wystarczyła by w Ho Chi Minh i Hanoi na wynajęcie pokoju/kawalerki i na coś więcej niż miskę ryżu i suchary? :-)
Hejo, ceny i na Północy i Południu są dość podobne. Podam Ci przykład z Sajgonu. Pokój można znaleźć za około 250 dolców, do tego rachunki, głównie prąd. Przeżyć można za jakieś 400 dolców (100 tygodniowo, czyli 2 miliony) i jest całkiem przyzwoicie. Ja przyjechałam z Ajsekiem do Hanoi i dawali mi 500, a później 600 dolców, co jest zupełną porażką. Nie da się za to wyżyć. Ceny dla Białych są zupełnie inne niż dla miejscowych. Po dwóch miesiącach zerwałam kontrakt i miałam sporo niemiłych pogadanek z hanojskim ajsekiem i problemów z firmą. Nauczyciel angielskiego zarabia tutaj około 20 dolców za godzinę i ja za mniej niż 1000 dolców nie zgodziłabym się uczyć. Musisz jeszcze doliczyć kasę za podróże i imprezy, a niektóre kluby mają wyższe ceny niż w Polsce. Zależy gdzie chcesz chodzić.
UsuńTo widzę, że nic cię nie zmieniło. Dalej proponują $500 bez zakwaterowania. Dzięki za pomoc
Usuń