Uliczna sprzedawczyni kleistego ryżu

Uliczna sprzedawczyni kleistego ryżu

poniedziałek, 30 września 2013

Chodnikowe przedszkole

Wieczorne wyjście "na kawę", w tym przypadku owocowe koktajle i słodkie desery. Nie mam pojęcia skąd w Wietnamie bierze się zamiłowanie do niskich krzesełek. Deficyt przestrzeni? Nadal czuję się jakbym nie wyszła z przedszkola. Jedna z dziewczyn zorientowała się, że właśnie robię zdjęcie więc postanowiła zapozować. Na chodniku przy jezdni metalicznie lśniąca wyciskarka do trzciny cukrowej. Wkłada się do niej kawałek trzciny, przypominający pokrojony na kawałki kij od szczotki, aby po chwili uzyskać zielony, lub też brązowawy (w zależności od gatunku) sok. Obowiązkowo z dużą ilością lodu.

niedziela, 29 września 2013

Bo w ogrodzie rośnie pnącze w czarnym kablu świat się plącze

Praktycznie w każdym wietnamskim mieście wystarczy spojrzeć do góry, żeby zobaczyć poplątaną pajęczynę kabli elektrycznych.

 Chaotycznie pogmatwane sieci zaopatrują w prąd całe miasto. Czasami kable zwisają tak nisko, że trzeba uważać, żeby się o jakiś nie zaczepić. W ramach konserwacji firma energetyczna pospinała większość niesubordynowanych przewodów metalowymi pierścieniami. W ten sposób mogą je utrzymać w ryzach. 

Gdy przydarzy się jakaś awaria na miejsce przyjeżdża firma energetyczna. Chudziutcy pracownicy wspinają się na słup przy pomocy chybotliwej bambusowej drabiny. Często mają przewody między nogami usiłując znaleźć "ten" właściwy. Elektryka prąd nie tyka!

Miejska pajęczyna stała się inspiracją dla hanojskiego artysty Nguyena Ngoc Dan. Już od ponad dekady poplątane przewody elektryczne stanowią jeden z głównych tematów jego malarstwa. Niektóre sieci zna już na pamięć. Przez te wszystkie lata obserwuje dynamicznie zmieniający się miejski krajobraz. Dla artysty liczą się nie tyle same kable, co cała historia z nimi związana. Każdy przewód dostarcza prąd w inne miejsce: mogą to być przepełnione szkoły, przytulne kawiarenki lub też filigranowe sklepiki na hanojskim starym mieście.

Zwisające kable doczekały się nawet własnej koszulki. Braki w dostawach prądu nikogo tutaj nie dziwią. Praktycznie każda instytucja wyposażona jest we własny agregat prądotwórczy.

sobota, 28 września 2013

Niestrudzona praca w blasku podłużnych świetlówek

 Dzisiaj wybrałam się na nocne targowisko Ben Thanh, które znajduje się w samym sercu miasta. Klientelę stanowią głównie turyści. Można na nim znaleźć i mydło, i powidło: zarówno bambusowe kapelusze jak i jedwabne kreacje po błyszczącą biżuterię, omdlewające już kwiaty i perfekcyjnie wypolerowane owoce. Oczywiście nie może się obejść bez jedzenia w prowizorycznych restauracjach. Na zdjęciu kobiety w pełnym skupieniu grillują ryby i owoce morza. Wiatr rozwiewa dym i unosi go ponad wypełnione po brzegi stragany i morze różnobarwnych głów, niewątpliwie dominują te czarnowłose.

 Mobilna kuchnia. Chłopak, w blasku świetlówki, sprzedaje wielokolorowy kleisty ryż. Do wyboru jest biały, zielony, pomarańczowy jak i brązowy.

 Kobieta w oczekiwaniu na klientów monotonnie wpatruje się w tętniącą życiem miejską przestrzeń. Ciekawe czy coś sobie myśli czy może trwa w (nie)świadomym zawieszeniu?

Riksiarz. Od czasu do czasu nienachalnie zagaduje przechodniów oferując przejażdżkę zapewne samemu nie wierząc, że ktoś się na nią skusi. 

piątek, 27 września 2013

na mrówczej autostradzie

 Gigantyczne mrówki wybrały jeden z trzech sznurków do suszenia prania na swoją trasę przemarszu. Część z nich miała dzisiaj z rana okazję poskakać jak na trampolinie. W domu z kolei ma się małe mrówki, podobne do faraonek. Wystarczy zostawić coś słodkiego na kilka minut i zaraz zjawi się cała kolonia. Wszelkie słodkości, w tym oczywiście cukier, należy włożyć do lodówki.

 Czerwony smoczy owoc (inne nazwy: pitaja, truskawkowa gruszka). Jest to owoc kaktusa. Pitaja kwitnie tylko w nocy, stąd też nazwa kwiatów: królowa nocy, księżycowy kwiat. Ma różową skórkę a w środku czarne, trzaskające między zębami pestki i miąższ, który w zależności od gatunku może być biały lub też różowy. W smaku zanadto nie ma różnicy. Z zewnątrz wygląda ekstrawagancko, w środku jest raczej niewyraźny. Smoczy owoc jest lekko słodki, najlepiej smakuje schłodzony, wtedy znakomicie orzeźwia. Swoją konsystencją przypomina kiwi.

Dla mnie smoczy owoc przypomina nieco bombonierkę. Widzisz przepiękne opakowanie a gdy je otworzysz (w tym przypadku spróbujesz) to czujesz się rozczarowany, bo nie takiego smaku oczekiwałeś ;)

środa, 25 września 2013

いらっしゃいませ /irasshaimase/ czyli witamy!

Wchodząc do japońskiej restauracji od progu słyszy się głośne przywitanie: irasshaimase! Kuchnia japońska to nade wszystko ryby i owoce morza, jedzone również na surowo.

Zapraszam więc na dzisiejsza kolację.

 Tofu Sarada: sałatka z tofu (o niezwykle kremowej konsystencji), przekładana pomidorem i awokado.

 Natto Maki: sfermentowane nasiona soi z ryżem zawinięte w nori (wodorosty). Po lewej widać marynowany imbir i wasabi.

 Ika tempura: kalmary w tempurze (cieście naleśnikowym) smażone na głębokim oleju podawane z sosem do zamaczania. Jak się okazuje, wbrew pozorom, potrawa jest zaczerpnięta z kuchni portugalskiej.

 Samon Furai: łosoś smażony na głębokim oleju podany z sałatą. Po prawej sałatka jajeczna.

 Teryiaki chicken roru: czyli kurczak z ryżem i nori obtoczony w sezamie. Oczywiście nie może zabraknąć sosu sojowego. Sos sojowy najlepiej smakuje wymieszany z wasabi.

 Torimomo teriyaki: udko z kurczaka bez kości

Niebo w gębie. W takich momentach myślę sobie, że życie jest przepyszne i za krótkie zarazem. Za wszystko inne zapłacisz kartą mastercard, z dwoma sokami: 21$, czyli około 65zł. Od dzisiaj Sushi Miraku jest moją ulubioną japońską restauracją, a jest ich tutaj od zatrzęsienie. Prowadzi ją rodzina mojego ubiegłorocznego przedszkolaka. Matka z trójką dzieci wróciła na 6 miesięcy do Japonii, a ojciec, de facto Koreańczyk, został w Sajgonie. Dzisiaj był w restauracji więc się z nim przywitałam i dostałam 10% zniżki na kolejną kolację ;). Prawda, że życie jest piękne?

wtorek, 24 września 2013

Zagadka pachnąca wilgocią

Dzisiaj rano chciałam założyć buty i zobaczyłam, że były pokryte cienką warstwą pleśni. Wyrosła w ciągu dwóch dni, bo tyle tych butów nie miałam na nogach. Ostatnim razem jechałam w nich podczas deszczu, więc skóra nieco się zmoczyła i wystarczyło, żeby zakwitnąć. Pora deszczowa powinna potrwać jeszcze około miesiąca. Ostatnimi dniami nieustannie pada i nie ma słońca, które mogło by osuszyć ziemię. I w ten sposób zauważyłam wychodzącą ze ścian wilgoć. I tak nic nie jest w stanie przebić zimy w Hanoi, podczas której w ciągu jednej nocy spleśniała mi deska do krojenia a po dwóch tygodniach nieużywania komputera (byłam na wakacjach w Laosie) klawiatura! Od czasu do czasu robię generalne porządki w szafie i profilaktycznie piorę wszystkie ubrania, zwłaszcza te z samego spodu. Poro sucha! Wyczekuję Cię niecierpliwie, przybywaj!

poniedziałek, 23 września 2013

Gecko, współlokator na dziko

Maleńki gekon wpełzł między moje papiery na stoliku. Chyba się ze mną oswoił, za bardzo nawet nie ucieka. Cierpliwie pozował do zdjęcia.

niedziela, 22 września 2013

Piknik na gazecie

Dzisiaj zamiast porannej żabiej kawy wybrałyśmy się z Nguyen do parku na popołudniowy piknik na gazecie.

 Do parku przychodzi głównie młodzież szkolna i studenci. Mogą spokojnie porozmawiać ze znajomymi, do tego obowiązkowo coś wypić i zjeść. W parku nie ma Wifi więc telefony leżą głęboko schowane w torbach. Park, prawie jak stoliki w restauracji, podzielony jest między "kelnerów". Po upatrzeniu dogodnego krawężnika podchodzi do Ciebie pani lub pan, wręcza kawałek gazety (może służyć jako krzesło i/lub stół) i przyjmuje zamówienie. Do wyboru jest kawa, napoje gazowane i woda.

 Oprócz sprzedawców napojów po parku przechadzają się sprzedawcy przekąsek. Począwszy od mokrych orzeszków ziemnych, przepiórczych jajek, mango, ryżowych placków z sezamem po kanapki, makaron, szaszłyki i chrupiące ryżowe tortille z suszoną wołowiną i warzywami (obowiązkowo obficie polane sosem chilli).

 Młody chłopak wychwala się swoim brzuchem, zapewne przykład bierze od ojca. Dziewczyny z kolei mogą tutaj pokazywać nogi. Im krótsze spodenki, sukienka czy też mini, tym lepiej.

 Sprzedawca popcornu. Na bagażniku zamontowana jest kuchenka a na niej patelnia: mobilna prażona kukurydza.

 Nawet w domach popularne jest siedzenie na podłodze, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma dla wszystkich krzeseł i miejsca przy stole. Przy okazji rodzinnych świąt można więc rozłożyć bambusową matę na podłodze i na niej usadowić wszystkich gości podając im miseczki i gorące dania do wyboru wprost z podłogi.

Najbardziej obleganą częścią parku jest ta z widokiem na katedrę i duże rondo. Sajgońskie mieszczuchy nie lubią ciszy, od dziecka przywykli do nieustannego hałasu i gwaru.

Awantura sprzedawców: długo się wykłócali, kto może obstawiać którą część parku. Każdy metr to kilka Dongów do kieszeni więcej.

sobota, 21 września 2013

Na tropie Delikatesów Centrum w Sajgońskim Kwadracie

 Dzisiaj pojechałam na zakupy do Saigon Square, czyli miejscowego centrum handlowego. Postanowiłam kupić kilka topów. Wróciłam do domu i zorientowałam się, że zostały zapakowane w małą siatkę z „Delikatesów Centrum: na tydzień i co dzień”. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Więc teraz za każdym razem, gdy założę któryś z topów, będę się śmiać od ucha do ucha. 


Z innych nowinek to w czwartek miałam stłuczkę. Wracałam z pracy do domu. Droga zwykle zajmuje mi około 4 minut. Akurat lało jak z cebra. Jechałam powoli: moja honda nie osiąga zawrotnych prędkości (na szczęście dla mnie), a zwłaszcza, gdy ją zalewa woda. Nagle z malutkiej alejki wprost na mnie wyjechał wietnamski kierowca, też na skuterze, i przeciął mi drogę. Jechał zdecydowanie za szybko i jeszcze wymusił pierwszeństwo (co tutaj jest normą). Oczywiście nie miałam szans, żeby wyhamować. A i tak zawsze jeżdżę środkiem. Tutaj nie warto trzymać się pobocza: zazwyczaj jest pozastawiane przydomowymi punktami serwisowymi, na nim dzieci grają w piłkę czy też służy jako tor do jazdy pod prąd. W Wietnamie trzeba mieć oczy dookoła głowy i spodziewać się niespodziewanego. I tak przez rok udało mi się uniknąć poważniejszego wypadku. Czasami, gdy się gdzieś spieszę, albo zanadto wyprowadzam się z równowagi, powtarzam sobie w myślach: „A co w dzisiejszym dniu jest takiego szczególnego, że właśnie dzisiaj chcę się ślizgnąć po asfalcie?”. Na szczęście nic poważniejszego mi się nie stało. Mam kilka siniaków na nogach. Za to mój skuter wygląda fatalnie. Przedziurawiony błotnik, zerwany koszyk, strącone lusterko i pęknięta plastikowa obudowa. Trzeba będzie się wybrać do mechanika. I całe życie nie przewinęło mi się jak film przed oczyma. Pierwsza myśl: „O nie! Właśnie w niego uderzam, pewnie coś mi się stanie, nie mam żadnych szans”. Druga myśl, a raczej obserwacja, bezpośrednio po zderzeniu (z olbrzymim trzaskiem): „Ja ciągle jadę, muszę się zatrzymać”. Odbiłam się od skutera Wietnamczyka i znalazłam się na drugiej stronie jezdni. Zdążyłam wyhamować tuż przed metalową bramą. Nieustannie trzymałam kierownicę i silnik nieprzerwanie działał. Zwróciłam się w stronę kierowcy. Zbierał się z ulicy, musiał się wywrócić, nie wiem dokładnie. Nic nie powiedział. Krzyknęłam na niego: „nói xin lỗi!” (powiedz przepraszam!). Oczywiście nie powiedział. Widać jednak było, że poczuwał się do winy. W takich sytuacjach de facto nie można nic zrobić. Jedyną opcją był powrót do domu. Moja honda jest niezastąpiona. Dobrze, że ma taki mały silnik :). Obiecuję jeszcze bardziej uważać. I Wy też uważajcie.


Gekony rozhulały mi się w domu. Ostatnio nawet nadepnęłam na jednego, gdy wchodziłam do mieszkania. Często przepędzam malutkie z klamki, gdy chcę otworzyć drzwi. Czują się u mnie dobrze, ponieważ unikam używania klimatyzacji. Nie mam nic przeciwko niewielkim współlokatorom, przynajmniej wyżerają mi komary i drobne owady. 

Zawsze w soboty wybieram się na targ. Dzisiaj zaopatrzyłam się w trzy rodzaje bananów: 

- Duże Chuoi Cau: najpopularniejszy gatunek. Najlepiej smakują, gdy są... zielone! W środku są już dojrzałe i miękkie, ale nie za słodkie (oczywiście, gdy poleżą, maksymalnie 2-3 dni, skrobia zamieni się w cukier; raczej brunatnieją niż żółkną). Idealnie nadają się na koktajl. Moje ulubione, mają też najmniej kalorii.


- Damskie paluszki: Chuoi Ngu (lady’s fingers): słodziutkie i bardzo aromatyczne. Mają cienką, gładką skórkę. 

- Grubaśne Chuoi Su: mają zwartą konsystencję i są raczej twarde. Trzeba poczekać, aż będą żółciutkie, w przeciwnym razie są cierpkie w smaku.


A na koniec zagadka: rozpoznaj banany na mojej tacy ;)

Banan bananowi w smaku nie równy. Każdy zupełnie inaczej pachnie, ma inną konsystencję i swoisty smak.

niedziela, 15 września 2013

Smocze oko z kokosem

Odkąd przeprowadziłam się do nowego mieszkania nie mam nic przeciwko byciu domatorką. Ja i kanapa rozumiemy się bez słów. Oczywiście w niedzielny poranek (czyt. o 8.00) nie mogło obyć się bez żabiej kawy z Nguyen. Dzisiaj rozmawiałyśmy z panią sprzedającą orzeszki. W drodze powrotnej z centrum do dzielnicy drugiej (tam właśnie znajduje się moje Beverly Hills) tradycyjnie już wstąpiłam na zielony targ i zaopatrzyłam się w owoce i orzechy: kokosy, ananasy, mango, banany i passiflory. 

Gdyby nie te owoce już dawno by mnie tutaj nie było. Jak wiadomo owoce są pierwszym podstawowym kryterium, którym się kieruję w wyborze miejsca mej egzystencji. I religia. Kraj nie może być rządzony przez fundamentalistów. Po powrocie do domu szybko przygotowałam sałatkę owocową. Zmiksowałam miąższ z kokosa wraz z wodą (kokosową oczywiście: o tak, w środku kokosa jest woda a około półcentymetrowa warstwa miąższu przyklejona jest do ścianek. W zależności jak bardzo kokos jest dojrzały miąższ może mieć konsystencję galaretki, albo będzie twardy jak marchewka). I dzisiaj nieco musiałam się posiłować, żeby go wyciągnąć ze środka. Kokosowym sosem polałam pokrojone w drobne kawałki mango, ananasa i banany. A na samym wierzchu jeszcze miód z kwiatów longana. Przywiozłam go z Indonezji i za każdym razem, gdy sięgam po dużą butelkę, czuję się jak Kubuś Puchatek, który nie potrafi przestać. W dodatku ta nieszczęsna czekolada. Jeszcze trochę zostało z kilogramowej tabliczki ;). 

Longan z zewnątrz nieco przypomina młode ziemniaki. Rośnie na drzewach w kiściach i jest wielkości mirabelek. Należy do tej samej rodziny co liczi. Jego nazwa pochodzi z chińskiego i oznacza dosłownie: „smocze oko”. Po obraniu, w środku znajduje się półprzezroczysty, białawy miąższ i czarna pestka: wyglądem przypominające gałkę oczną, a czy akurat smoka… Nie śmiem wątpić. Owoc znajduje się na czerwonej liście gatunków zagrożonych wyginięciem. 

 Longan

Mogłabym przepowiadać kiedy spadnie deszcz. Niezależnie od pory dnia, nie ma bowiem tu żadnej prawidłowości, zacznie padać gdy:
1. Rozwieszę pranie
2. Postanowię pojechać na zakupy (oczywiście na skuterze).
I żaden dzień nie ujdzie mi na sucho! 

Podwójne pranie: wczoraj rozwiesiłam je na sznurku i pojechałam na zakupy i o dziwo akurat lunęło jak z cebra! Wszystkie ręczniki i pościel poskładał mój ulubiony ochroniarz, ale nie miałam jak wysuszyć w domu więc dzisiaj zrobiłam drugie podejście. Po wietnamsku pranie suszy się na wieszakach zawieszonych na metalowym stojaku: u nas używa się ich jako prowizorycznych szaf. Sznurki zajmują za dużo miejsca, a tutaj to towar deficytowy.

Kilka zwyczajów drogowych podczas pory deszczowej. Przed deszczem najlepiej schronić się pod wiaduktem. Wjeżdżasz i czekasz, aż deszcz ustanie. I w ten oto sposób korkuje się cała droga. Kierowcy zatrzymują się na środku ulicy, oby „pod dachem”. 

Płaszcz przeciwdeszczowy najlepiej chroni, gdy założy się go również na przód skutera, przykrywając tym samym przednią lampę. Ostatnio prawie wjechałam w takiego kierowcę, który wyjechał na główną z podporządkowanej (to tutaj standard). Nie dość, że ciemno, to jeszcze sam sobie zakrywa światło. I nie on jeden. W dodatku jechał z dzieckiem. Im uszło na sucho. A ja moknę i klnę pod nosem. A trzeba wyluzować! 

Wczoraj miałam pojechać do Delty Mekongu na mojej hondzi, ale niestety lało jak z cebra, tak, że świata widać nie było a krople deszczu wbijały się w skórę jak igły. Nie poczułam żadnej różnicy: chyba nie zostanę fanką akupunktury. Zostałam więc z domu i nawet opracowałam roczny plan z siedmioma punktami. 

A na koniec kilka zdjęć z kwiaciarni pod gołym niebem. Przechadzasz się między alejkami i wybierasz roślinkę: 

 Hoai wybiera kwiatki na mój taras. Oczywiście zakryta od stóp do głów: słońce jest zbyt mocne, żeby chodzić odkrytym. A przed słońcem chronią się głównie kobiety. Gdy w Polsce kupowałam aparat i sprzedawca się pytał co chcę fotografować, powiedziałam, że "to i owo" w Azji, bo tam mieszkam. On na to: "nie widać, przecież nie jesteś opalona". Tutaj biorę to za komplement ;).

Znajdź mężczyznę bez koszulki. To tutaj jakieś hobby: pochwal się grubym brzuchem, a niech widzą, że Ci się powodzi!

czwartek, 5 września 2013

O monsunach we wrocławskim parku

We wtorek postanowiłam pojechać na zakupy. Było pochmurnie, w końcu to pora deszczowa. Późne popołudnie, tego dnia jeszcze nie padało. Czasami w ogóle nie pada, czasami lekko pokropi, albo lunie niemiłosiernie jak z cebra. Wyjechałam z bramy  i dojeżdżałam do pierwszego progu zwalniającego na moim osiedlu. Wtedy właśnie przez drogę przebiegł czarny kot. Dlatego czarne koty szlajają się bezpańsko? Filemon zapewne urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, albo w jednym z poprzednich ośmiu żyć nałapał wiele mysz, bo nikt go jeszcze nie upolował. I niby nie jestem przesądna, ale… I zaczęłam wymyślać opcję, co tu się może stać. 

Pierwsza myśl to: zatrzyma mnie policja! Za długo już jeżdżę bez kontroli. Zawsze mam odłożone 10 dolarów w portfelu na łapówkę. Powinno wystarczyć, chociaż cenę wywoławczą stanowi 25$. Moja honda (super cub) ma zaledwie 49cm sześciennych. Prawo jazdy wymagane jest od 50. W dodatku nie wygląda najlepiej. Ostatnio rdza mi zżera rurę wydechową. 

Kolejna myśl: honda się zepsuje. Bo tak się jej czasami zdarza. Nie za często, raz na 5 miesięcy pewnie, ale zawsze te chwile napawają mnie grozą i zdają się przydarzać w najgorszych możliwych okolicznościach.
Mogłabym jeszcze wtedy pomyśleć, że będę mieć wypadek, ale chyba tę opcję pominęłam. 

Zupełnie też zignorowałam czarne, kłębiące się na niebie, monsunowe chmury. Żadna to nowość, że w porze deszczowej pada. Tylko JAK pada! Otóż jak się okazuje, klimat zwrotnikowy to nie przelewki. Albo i właśnie. To są nieprzewidywalne i gigantyczne przelewki! 

I powinnam była posłuchać rady strażnika miejskiego we wrocławskim parku. Dokładnie dwa lata temu kazał uważać na deszcze monsunowe. Akurat oblewaliśmy moją obronę. W miejscach publicznych spożywać alkoholu nie wolno. Ławeczki w parku nie służą do obalania kolejnych butelek. Panowie mundurowi byli bardzo mili i na wiadomość, że za kilka dni wyjeżdżam do Azji udzielili, obok obywatelskich pouczeń, kilku praktycznych rad. I właśnie na te monsuny kazali uważać. Na ławce obok siedziała grupka młodych chłopaków, którym strażnicy przykazali odprowadzić nas do domu. Wszyscy trafiliśmy do tego samego klubu. Uwielbiałam studiować! 

Po dwóch latach jadę ciemnozieloną hondą szerokimi sajgońskimi ulicami. Część kierowców zjechała na pobocze, żeby założyć płaszcze przeciwdeszczowe. Nie zważając na lekką mżawkę przyśpieszyłam na niemalże pustej ulicy. I nagle wjechałam w sam środek ulewy. Szybko założyłam płaszcz. Nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby wrócić do domu. Byłam już w połowie drogi a moja lodówka potrzebowała reanimacji. Jechałam dalej. Sam środek ulewy okazał się być tylko jej skrajem i najgorsze było dopiero przede mną. Miałam zalane okulary, tusz do rzęs i deszczówka szczypały mnie w oczy tak, że niczego nie widziałam. Zresztą, musiałam praktycznie zamknąć oczy, ponieważ opady były tak potężne, że nie sposób było patrzeć przed siebie. Przez półotwarte powieki, z okularami nisko spuszczonymi na nosie (a mam dość dużą wadę wzroku), podążałam za światłami skuterów przedzierając się przez szaroburą ścianę deszczu. W kilka minut ulice były kompletnie pozalewane a honda powoli zaczęła odmawiać posłuszeństwa. „Tylko nie teraz, nie w takiej chwili” zdawałam się jej powtarzać. Co ja pocznę z zalanym silnikiem w środku ulewy? Kilka razy nie chciała wejść na obroty a ja nieprzerwanie recytowałam jak mantrę: „dasz radę, jeszcze troszkę!”. Udało się. Dojechałam do sklepu. Zanim skończyłam robić zakupy deszcz zelżał. Tylko „kropiło”. Honda odpaliła za pierwszym razem, ale gdy zatrzymałam się na chwilkę, w poszukiwaniu karty parkingowej, silnik zgasł. Zaczęłam kopanie. Raz, dwa, trzy, no odpal wreszcie! Cztery. Udało się. Zalanymi ulicami, bardziej przypominającymi kanały (oj nie wnikam co było w tej czarnej wodzie) wróciłam do domu. Po drodze mijałam kierowców walczących ze swoimi skuterami. Tym razem to nie ja miałam przymusowy postój na poboczu. Wróciłam do domu. Cudowne uczucie. Zaraz po wejściu czekał mnie gorący prysznic. Po monsunach nie zostało na mnie ani śladu. 

I dobrze, że nie jestem przesądna. Pecha nie miałam. Trafiłam jedynie na deszcz monsunowy w klimacie zwrotnikowym. A po majowym deszczu się rośnie! Chyba coś pomyliłam. W końcu mamy wrzesień. W przedszkolu zrobiliśmy urodzinowy plakat z miesiącami i akurat o wrześniu zapomniałam. Czy rok może być przestępny? Albo raczej nieprzestępny jedenastomiesięczny?