Uliczna sprzedawczyni kleistego ryżu

Uliczna sprzedawczyni kleistego ryżu

niedziela, 24 lutego 2013

24.02.2013 - Niedziela

BAMBUSOWY MAGIK 

W kambodżańskiej prowincji Mondulkiri postanowiłam wybrać się na dwudniową wędrówkę po dżungli. Byliśmy w czwórkę: ja, Natalie, Octavio oraz Hong, nasz przewodnik należący do mniejszości etnicznej Phnong. Hong bardzo dobrze mówi po angielsku i chętnie odpowiadał na nasze pytania snuł nieskończone opowieści. 

Hong ma 32 lata. Ożenił się w wieku 20 lat, żona jest od niego o rok młodsza. De facto to rodzice wybrali dla niego partnerkę. Stwierdzili, że właśnie z tą dziewczyną powinien się ożenić. Znali się od dziecka, razem bawili się i biegali po wiosce. Rodzice zadecydowali, Hong odpowiedział: „ok., nie ma problemu” (ok., no problem). 

Hong ma szóstkę dzieci. Trzy córki i trzech synów. Najstarsza córka ma 11 lat a najmłodszy syn 5 miesięcy. Zapewne kolejne dzieci to tylko kwestia czasu. Jego siostra ma dziesiątkę a kuzynka jedenaścioro! W wiosce mieszka 109 rodzin. Cała populacja liczy 997 mieszkańców. Na jedną rodzinę przypada więc średnio 9 osób. Dzieci do około szóstego roku życia nie mają poważniejszych obowiązków. Całymi dniami bawią się w grupach a jak są głodne wracają do domu. 

Phnong zajmują się głównie uprawą roli (w systemie żarowym: wypalają dżunglę a następnie uprawiają ziemię aż wyjałowieje a potem porzucają i szukają nowego miejsca). Na polanie Hong opowiadał, że ludziom żyje się dobrze (znacznie lepiej niż w czasach czerwonych kmerów). Obecnie podstawowy problem dla mniejszości Phnong stanowią chińskie i wietnamskie „company group”, które zabierają im ziemię i zakładają plantacje kauczukowców. Wycinają dżunglę, nie przejmują się czy dane drzewo jest „duchowe” [spirit] i w ten sposób bezczeszczą nie tylko przyrodę, ale i ich wierzenia (spirit, no spirit just go). To, czy dane drzewo jest święte wie od dziadka. Są to olbrzymie, wieloletnie drzewa, które cieszą się szczególnym upodobaniem wśród ptaków, pszczół i przeróżnych owadów. Teraz Hong uczy swoje dzieci orientacji po dżungli i pokazuje miejsca, w których mieszkają duchy. To nie tylko drzewa, ale i wodospady czy też góry.


Hong to połączenie łowcy i zbieracza. Polował z dziadkiem. W dżungli spędzali zazwyczaj około trzech dni zanim wrócili do wioski ze zwierzyną. Praktycznie niczego ze sobą nie zabierali, oprócz noża. Byli w stanie wykonać wszelkie potrzebne akcesoria z bambusa, korzystali z darów dżungli.
Teraz polowanie jest zabronione. Zwierzyny jest niewiele. Mieszkańcy wioski nie mogą posiadać broni. Jedyną dozwoloną metodą jest zastawianie pułapek. Jedyne prawdziwe polowania Hong pamięta więc tylko z dzieciństwa. Dziadek strzelał z łuku a grot strzały był wcześniej zanurzony w jadzie kobry. Zwierzę od razu padało. Trucizna znajdowała się we krwi. Mięso można było bezpiecznie jeść. Mniejszość Phnong wierzy w obecność duchów w przyrodzie. Krwią skrapia się wejście do domu i wszelkie święte miejsca. W ten sposób można sobie zapewnić przychylność dobrych duchów i ich ochronę. 

Mniejszość Phnong posiada własny język (większość w Kambodży stanowią Kmerzy używający języka khmerskiego opartego na piśmie alfabetyczno – sylabicznym:  ភាសាខ្មែរ,). Phnong jest wyłącznie językiem mówionym. Hong nie zna liczb ani liter, potrafi tylko mówić [I don’t know my numbers, I don’t know my letters. Just speaking. Hong przytoczył ludową historię jak to uczeń zapisał alfabet na skórze bawolej i bezmyślnie rzucił torbę w kąt. Gdy wrócił torby już nie było, a skórę zjadł pies. I po alfabecie]. Przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Znacznie różni się od khmerskiego (bez znajomości wspólnego języka przedstawiciele tych dwóch grup nie są w stanie się zrozumieć). Hong zna oba języki. Jego dzieci też. W szkole uczą się po khmersku, a w domu mówią wyłącznie w phnong. 

Mniejszość Phnong żyje w zgodzie z Kmerami, chociaż ludowa mądrość głosi, że lepiej się z nimi nie bratać. A zwłaszcza, gdy chodzi o małżeństwo. Kmerzy nie są wierni, bardzo szybko mieszane związki się rozpadają. Kuzyn Honga ożenił się z Kmerką. Są ze sobą niespełna od roku, mają wspólne dziecko a ona już go zdradziła. W ten sposób Hong udowadniał, że lepiej mieć żonę  Phnong. Tak samo kobieta nie powinna mieć męża Kmera. Nigdy jej bowiem nie pomoże w obowiązkach domowych. Będzie musiała wszystko robić sama. A Phnong i ugotuje, i zajmie się domem (oczywiście jak musi). Gdy żona Honga opiekuje się dzieckiem gotuje on, gdy on wychodzi do dżungli z turystami o dom dba żona. I myślałam, że Hong roztacza nam opowieści wyssane z palca. Koniec końców to zazwyczaj kobieta ma wszystko na swojej głowie. Po kolacji zmieniłam zdanie. Hong sam przygotował posiłek. Z każdą minutą coraz bardziej przecierałam oczy ze zdumienia. Gotowanie w wykonaniu Honga było niesamowicie męskie. 

 
Podstawowym narzędziem jakim dysponował był własnoręcznie zrobiony nóż: rączka z amerykańskiego pistoletu a w środku bambus, ostrze z kawałka ze złomowanego samochodu, obudowa z plastikowej tacy, do tego pasek z plecaka. Hong zawstydził nie tylko Turbodymomena co samego MacGyver’a.  Wszystko przygotował na ognisku w jednym garnku. Smażone warzywa z kurczakiem, grillowana wieprzowina a do tego bakłażan z mięsem gotowany w bambusie. Oczywiście do tego ryż. Hong kroił wszelkie składniki swoim olbrzymim nożem z niesamowitą łatwością i pewnością. 

 
Tym samym nożem miażdżył czosnek i rąbał olbrzymie bambusowe rurki, z których następnie przygotował kubki do picia herbaty. Od razu stwierdziłam, że jeżeli w jego wiosce mieszka jakiś młody chłopak, który potrafi wyczarować z bambusa wszystko tak jak Hong to jestem gotowa wyjść za mąż. 

 Nasze obozowisko nad wodospadem. 

 Spaliśmy w hamakach zawierzonych na bambusowej konstrukcji. W nocy było przeraźliwie zimno.

 
 Szum wody, szum bambusa, do tego tysiące gwiazd na niebie. A rano budzi Cię ćwierkanie ptaków (oraz przeszywający do szpiku kości chłód;). Hong dający popis swoich akrobatycznych umiejętności. Tarzana też zawstydził.

 W środku bakłażan, kurczak i trawa cytrynowa. Niestety na końcu nie obyło się bez glutaminianu sodu: cała Azja tak ma.

 Grillowanie w bambusowych szczypcach.
 
 Przygotowane w środku dżungli. Rzuciliśmy się na jedzenie jak stado wygłodniałych wilków. Hong aż musiał nam przypomnieć, że teraz powinniśmy cieszyć się kolacją i jeść powoli. Przecież mamy czas (samo gotowanie trwało około 1,5godziny). 

 Bambusowo - żywiczna lampa. Oświeca i odstrasza komary.


Żywice bierze się z drzewa z gatunku Dipteocarpus. W środku pnia wyrąbuje się dziurę a następnie podpala. W ten sposób pobudza się drzewo do produkcji żywicy. Po okołu tygodniu możesz wrócić i zebrać żywicę. Za 30 litrów Wietnamczycy płacą 20 dolarów. Zbieranie żywicy stanowi jeden z dochodów mniejszości Phnong. Jedno drzewo jest w stanie wyprodukować około 30 litrów żywicy rocznie. Dżungla oficjalnie należy do państwa. Jednak każda rodzina ma w niej wyznaczony własny kawałek. Każdy zna swoje drzewa i tylko z nich zbiera żywicę. Hong ma "działkę" 500mx900m a na niej 19 drzew żywicznych.

Hong ubolewał nad ilością śmieci, którą w ciągu tych dwóch dni zgromadziliśmy. Wcześniej wszystko było organiczne: z dżungli zabrane i do dżungli wyrzucone. Kubki z bambusa, butelka na wodę z tykwy (roślina z rodziny dyniowatych, również symbol Camino Santiago), ryż owinięty w liść bananowca. A teraz? Same styropianowe pudełka i setki plastikowych siatek.


Maleńki wodospadzik obok jaskini, w której mieszkają nietoperze.  

 Wodospad z tęczą. 

Zagadka: kto tutaj mieszka? Ptasznik (potocznie tarantula). Pająki się zbiera i grilluje.

 Drugiego dnia dotarliśmy do "postoju" słoni. Kolejną część trasy, pokonaliśmy na grzbiecie słonia Honga.

 Przed wyruszeniem w trasę trzeba słonia wymyć :).

Słoń Honga ma 30 lat. Wcześniejszy miał 120 lat, należał jeszcze do pradziadka. Obecny jest ślepy na lewe oko i trochę boi się ludzi (prawdopodobnie ktoś mu to oko zniszczył). Zazwyczaj nosi drzewo w lesie. To jest "on", ma kły. Oby nikt Honga nie oszukał i nie ukradł mu kości, albo kupił za grosze. W ten sposób wycina się olbrzymie drzewa. Miejscowi dostają śmieszne pieniądze za kilkudziesięcioletnie okazy, które następnie są sprzedawane np. do Wietnamu.

 Nasz słoń nieustannie coś podjadał po drodze.

Pierwszego dnia pokonaliśmy około 28 km robiąc przerwy na pływanie w wodospadach i obserwowanie pająków i innych owadów. Do tego Hong wyjaśniał nam lecznicze funkcje poszczególnych roślin. Drugi dzień zakończyliśmy w wiosce Honga i odwiedziliśmy jego dom.

 Do wioski przyjeżdżają kmerskie wycieczki z Phnom Penh. Mieszczuchy chcą zobaczyć jak wygląda życie mniejszości (w końcu mają drogę do Mondulkiri). Wokół gości od razu zbierają się gromady dzieci oczekujące na słodycze i pieniądze. Kolejne pokolenie niewiele będzie mieć wspólnego z łowcami.

 Przed domem. W tym roku Hong musi wymienić dach. Teraz nie ma problemu, bo jest pora sucha.

 A w dzbanach alkohol! W życiu musi być wesoło. 




 Po lewej 6-letni syn Honga, po prawej siostrzeniec.Zresztą cała wioska to jedna wielka rodzina.

 Na rodzinę przypada średnio 9 osób. Przynajmniej jest się z kim bawić.
Jeżeli ktoś wybiera się do Kambodży, serdecznie polecam trekking z Hongiem. Takich ludzi jak on, jest już niewielu. Wciąż bardzo autentycznych, uczciwych i szczerych [na maile odpowiada siostrzeniec Honga: sovann.ngouk@gmail.com, telefon: +855 97 45 36 011]. Do Sen Monorom można dostać się bezpośrednio z Phnom Penh autobusem (minibusów z Kratie już tak serdecznie nie polecam). 


Photos by Ania, Natalie&Octavio.

wtorek, 19 lutego 2013

19.02.2013 - Wtorek

Wróciłam! O 6 rano w poniedziałek dojechaliśmy do Sajgonu. Kierowca minibusa miał spore zadatki na kamikadze. Nie wiedziałam, że droga będzie w tak opłakanym stanie. Na niektórych odcinkach nie było nawet asfaltu, tylko kamienie i ubity piasek. Nieustannie wpadaliśmy w kolejne olbrzymie dziury. Kierowca jechał jak szalony, wyprzedzał wszystkich. Na najlepszych odcinkach prowadzących przez centra miast zwalniał (w obawie przed policją), nadrabiał za to na "leśnych ścieżkach". Policja zatrzymała nas i tak minimum 6 razy. Za każdym razem kończyło się łapówką. Standardowa procedura. Tak samo jest i w Kambodży, i w Laosie.

Przez 10 godzin zatrzymaliśmy się tylko raz. Wchodzenie do minibusa to jak gra w TETRIS. Należy znać swoją kolejność i pozycję, w przeciwnym razie można utknąć i mieć spore trudności, żeby wrócić na swoje miejsce. Jeden niepoprawnie ułożony element zaburza całą kompozycję. 

Poniżej zdjęcia z Laosu z 4000 Wysp na Mekongu:

Dziewczynki skaczące "w gumę" na szkolnym dziedzińcu. Pod mundurkiem szorty.

Chłopak z własnoręcznie zrobionym "wiatrakiem" z bambusa.

Bilard w bambusowej szopie. 

Ojciec bujający niemowlę w ratanowym koszu zawieszonym na suficie.

 Pranie w rzece. Miejscowi w rzece też się myją: brzeg przed domem to ich wanna.

Plakat propagujący karmienie piersią. W Azji mają bzika na punkcie mleka w proszku dla niemowląt (które jest tutaj baaaardzo drogie). Nestle i inni producenci ostro lobbują w szpitalach, żłobkach i przedszkolach.

Suche pole ryżowe po żniwach.

Mekong w porze suchej.

Łódka dla wyspiarzy to jak skuter dla mieszczucha.


Stołowe ogródki warzywne.
 

niedziela, 17 lutego 2013

17.02.2013 - Niedziela


Mission impossible: powrót

Utknęłam. Hasłem przewodnim ostatnich dni powinno być powiedzenie: "nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej". Wracam od piątku i wrócić nie mogę. A wszystko przez wietnamski Nowy Rok i fatalne drogi, a raczej ich brak. 

Wyruszyłam z Sajgonu do Phnom Penh (stolicy Kambodży) we wtorek (5.02). Na miejscu okazało się, że właśnie jestem w środku uroczystości pogrzebowych ku czci zmarłego (w październiku) króla. W stolicy spędziłam jedną noc i następnego dnia pojechałam do Kratie w poszukiwaniu słodkowodnych delfinów. Pojeździłam też trochę na rowerze po wyspie Koh Trong na Mekongu. 

Z Kratie minibusem dotarłam do prowincji Mondulkiri i głównego miasteczka Sen Monorom. I to był magiczny etap. Opis dwudniowego trekingu po dżungli wkrótce, muszę tylko wrócić do domu (a jeszcze to mi się nie udało). Z Sen Monorom chciałam przedostać się do Laosu. Musiałam wrócić do Kratie (brak dróg) a stamtąd do Stung Treng. Dalej niestety się nie dało. Konieczny był nocleg w tym małym, kambodżańskim miasteczku nieopodal granicy. Zazwyczaj z punktu A do B jeździ tylko jeden minibus dziennie a podróż nim zajmuje przynajmniej 5 godzin. Zejście z głównych turystycznych szlaków trzeba okupić sporym wysiłkiem i trzeba dysponować na to czasem.

We wtorek udało mi się przekroczyć granicę kambodżańsko - laotańską i trafiłam na 4 Tysiące Wysp w Laosie. Nocowałam na Dot Dot. Odpoczywałam, biegałam, jeździłam na rowerze, pływałam kajakiem i cieszyłam się świeżym powietrzem. W piątek zaczęłam "wracać". Są podróżnicy, których założeniem jest pokonywanie każdego kilometra lądem. Czy ja wiem, czy ja też do nich należę? Wczoraj przekroczyłam granicę laotańsko - wietnamską i nieco utknęłam. Musieliśmy przeprawić się przez góry. Autobus wspinał się po wąskich serpentynach, aby za kilkaset metrów wolno zjeżdżać ze stromych stoków nieustannie trąbiąc: ostrzegając w ten sposó kierowców z naprzeciwka. Widoki za oknem przepiękne: zielone, strzeliste pasma górskie. A w autobusie filmy akcji, które skutecznie przykuwały uwagę pasażerów (Mission Impossible: Ghost Protocol). 

Na granicy celnicy mieli niezłą łamigłówkę. Jechałam razem z Natalie i Octavio (pochodzą z Chile, ale mają hiszpańskie paszporty). W moim paszporcie widnieją głównie wizy wietnamski (chyba 5), do tego miałam już dwie laotańskie i jakoś niespecjalnie mogli się połapać, które są jeszcze ważne, a które już nie. Zostałam więc wezwana do przełożonego. On chyba też za bardzo nie wiedział o co chodzi. Wchodząc do pokoiku od razu zapytał: "What happened?" [co się stało?]. A ja na to, że nic, że mam aktualne wizy i wszystko powinno być w porządku [do Wietnamu można wjechać tylko posiadając wizę, nie ma opcji kupna na granicy, wyjątek stanowią lotniska, ale tam też wcześniej należy się zarejestrować]. Celnik poprzeglądał wizy i pożyczył powodzenia. Następnie celnicy musieli mnie wpisać do zeszytu. Poprzeglądali kilka, zanim znaleźli kod "POL". Na liście był wpisany tylko jeden chłopak. Ostatecznie jednak pomylili się i wpisali mnie "pod Hiszpanią" jako Anna Stanisława.

Dojechaliśmy więc z Natalie i Octavio (poznaliśmy się w minibusie z Kratie do Sen Monorom w pierwszym tygodniu mojej podróży. Okazało się, że robimy identyczne trasy a Natalie mieszka w Sajgonie) do Wietnamu. Wysiedliśmy w Kon Tum z nadzieją, że od razu wsiądziemy do nocnego autobusu do Sajgonu. Nici z planów. Taksówką dojechaliśmy do Pleiku, z którego, od samego rana, miały odjeżdżać minibusy. Dzisiaj więc zjawiliśmy się na dworcu o 6 rano a tam okazało się, że autobus do Sajgonu odjeżdża wieczorem i jest w całości zarezerwowany i nie możemy kupić biletu. Jedyną opcją, która nam została był minibus do Nha Trang, kurortowego miasteczka na wybrzeżu. Mieliśmy jechać po południu. Niestety dalej nie było wiadomo czy tam będziemy w stanie kupić jakikolwiek bilet. Wietnamska nauczycielka z mojego przedszkola właśnie wraca z Nha Trang i stanowczo odradzała ten punkt (wszyscy wracają do Sajgonu po Nowym Roku). I właśnie Tam wydostała nas z tarapatów. Jej koleżanka ze studiów mieszka w tym cudownym mieście Pleiku i cudem udało jej się zdobyć bilety do Sajgonu. Teraz czekamy. A ja chyba przy okazji nieco strułam się obiadem. Nałykałam się leków i planuję jakoś przetrwać 10 godzinną jazdę minibusem. Mamy dojechać około 6 rano (czyli pewnie około 8). Uczę od 8.30, ciekawe czy mi się uda.

czwartek, 14 lutego 2013

15.02.2013 - Piątek

(Kilka dni wcześniej w Kambodży)

Wakacje w minibusie

Od tygodnia jestem w drodze. I to dosłownie. Połowę moich wakacji spędziłam w minibusach. Przemieszczanie się po Kambodży nie należy do najłatwiejszych. Dróg jest i mało, i marnej jakości. Dlatego też krążę po wschodzie kraju zakreślając kółka. Muszę cofać się do większych miasteczek i dopiero wtedy mogę kontynuować podróż. 

Przeciętny minibus ma 14 miejsc (wraz z kierowcą). A teraz zagadka: ile osób jest w stanie taki minibus pomieścić? Oprócz bagaży i dodatkowych paczek: 28! W tym obcokrajowców, którzy są przecież gabarytowo znacznie więksi. 

 Pakowanie czas zacząć, mój oliwkowo - szary plecak na spodzie...

 A na górze trzy telewizory! 

 Na zielonej macie jechało jeszcze trzech pasażerów.


 
Usiąść można dosłownie wszędzie. Mnie za każdym razem trafia się szpara między siedzeniami. Dzisiaj jeden fotel dzieliłam z dwiema innymi osobami. Dwie z przodu, trzecia z tyłu. Jeździ się z otwartą klapą bagażnika, której nie można domknąć. W końcu każdy pasażer ma ze sobą mniejszy lub większy bagaż, do tego kierowca dodatkowo rozwozi paczki. Bagażnik może być więc „przedłużony”. Na metalowych prętach montuje się bagaże. Ich sterta służy za legowisko dla kolejnych pasażerów. Trzeba tylko uważać, żeby nie wypaść na zakrętach i lepiej zakryć oczy. Jedzie się w kłębach kurzu. 

Minibus osiąga pełen stan dopiero po wykorzystaniu „ostatniego” miejsca. Gdzie ono się znajduje? Otóż na siedzeniu kierowcy, po jego lewej stronie. Kierowca wysuwa się nieco do przodu i musi siedzieć bliżej skrzyni biegów, a zaraz obok dodatkowy pasażer. 

 Kierowca to ten w czapce z daszkiem, dziewczyna w kapeluszu po lewej to pasażerka. Na malutkim ekraniku kambodżańskie teledyski.

Dzisiejszy minibus nie chciał odpalić więc kilku mężczyzn mocno go pchnęło aż silnik zaskoczył. W międzyczasie musieliśmy jednak zatankować. Zapewniam więc, że na stacji benzynowej nie ma żadnych przeciwwskazań i można tankować przy włączonym silniku.


Wewnątrz na pewno jest wesoło i człowiek niesamowicie „zbliża” się do innych ludzi. Po kilku godzinach spędzonych w minibusie stajemy się jedna wielką rodziną. Kierowca również dba o komfort jazdy i wyświetla na malutkim ekraniku laotańskie teledyski. Wszyscy dysponują tą samą płytą i wystarczy pokonać wybraną trasę zaledwie raz, aby czuć się w pełni zaznajomionym, nie tylko z repertuarem, ale również ze słowami wszystkich piosenek. Niezaprzeczalnie najpopularniejszy motyw stanowi niespełniona miłość. Dzisiaj co prawda był nawet „gangman style” i to w kilku różnych wersjach.


Akcja powrót

Dzisiaj wracam do Wietnamu. Odległość na mapie wydaje się być niewielka, ale jak się okazuje, będę wracać przynajmniej dwa dni. Mam nadzieję, że do niedzieli się wyrobię. W międzyczasie byłam w kambodżańskiej dżungli a teraz w Laosie na 4 Thousand Islands.
Tak więc do niedzieli! Albo poniedziałku;)