Uliczna sprzedawczyni kleistego ryżu

Uliczna sprzedawczyni kleistego ryżu

poniedziałek, 16 grudnia 2013

KitKat zielonoherbaciany

 Dzisiaj dostałam w prezencie japońskiego KitKata o smaku zielonej herbaty. Na "papierku" można nawet napisać wiadomość.

Okazuje się, że KitKat w Japonii to coś więcej niż zwykły wafelek w czekoladzie. Jest najpopularniejszą przekąską dla dzieciaków i już sama nazwa kojarzy się ze zwrotem: "Kitto Katsu" oznaczającym powodzenia (dosłownie: na pewno wygrasz). Inne niecodzienne smaki to: wasabi, sos sojowy, słodki ziemniak, kwitnąca wiśnia, soja, fasolka azuki, francuska sól, pudding, herbata jaśminowa, kukurydza, dynia, ocet jabłkowy, kawa, cappuccino i niezliczona ilość przeróżnych owoców (truskawka, gruszka, jabłko, melon, cytryna, kiwi, banan, mango, ananas, arbuz, brzoskwinia itd.). Może powinnam sobie obrać jakiś życiowy cel: np. spróbować przynajmniej 25 najdziwniejszych KitKatów. Zielona herbata była słodka. Oprócz posmaku białej czekolady czułam głównie cukier. Jestem na NIE. Sorry NESTLE. Wolę snickersa.

Unikam NESTLE i dużych korpo. CEO NESTLE, Brabeck, stwierdził, że należy ograniczyć dostęp do wody pitnej, bo przecież nie należy się ona nikomu tak po prostu. Do wody nie ma się prawa. Cytując: Woda jest surowcem i artykułem spożywczym, który powinien zostać sprywatyzowany i skomercjalizowany [Water is a raw material and a ‘foodstuff’ that should be privatized and commercialized]. To ja postuluję sprywatyzować powietrze. Zapisy na akcje u mnie. Numer konta na dole strony.

piątek, 13 grudnia 2013

Wycieczka na pocztę

Dzisiaj pojechaliśmy na pocztę wysłać własnoręcznie zrobione kartki świąteczne. Budynek Sajgońskiej Poczty Głównej zaprojektował francuski architekt Eiffel (od wieży;). Przypomina raczej dworzec kolejowy. W tle olbrzymi portret Ho Chi Minha, byłego prezydenta i wietnamskiego bohatera narodowego. To on przyczynił się do odzyskania niepodległości (od Francji). Nam Anh (pierwszy chłopiec po lewej) zacytował swoją mamę, która mu powiedziała: "że wujek Ho będzie zawsze żył w naszej pamięci". Nam Anh jednak ma to daleko w nosie stwierdzając, że: "I don't care, he's dead" (nie obchodzi mnie to, on nie żyje). Na tej podstawie właśnie wywołała się dyskusja, dlaczego Ho nie żyje. Zaczęłam więc tłumaczyć, że taki już nasz los: rodzimy się, jesteśmy dziećmi, bawimy się, dorastamy, idziemy do pracy, mamy własne dzieci, później jesteśmy dziadkami i kończymy nasze życie. Maraj kiedyś stwierdziła, że powinnam o śmierci mówić jak o bateriach: że mają pewien zapas mocy, który się wyczerpuje. I w ten oto sposób się właśnie umiera.

niedziela, 8 grudnia 2013

Tuning

 Moja Honda od dawna potrzebowała naprawy. Zmotywował mnie wreszcie rzegoczący silnik. Dodatkowo postanowiłam wymienić rurę wydechową, ponieważ stara zaczynała rdzewieć na wylot. Na szczęście mam tylko jedną. Z dwiema trzeba być bardziej ostrożnym przy wsiadaniu i wysiadaniu, bo bardzo łatwo można się poparzyć. Zapewne taka sytuacja nie grozi pomysłowemu właścicielowi roweru [powyżej: zdjęcie z fanpage'a Another Side of Vietnam].

Oprócz rury wymieniłam poszycie siedzenia (u Maraj podrapały mi je koty i z dnia na dzień robiły się na nim większe dziury), przedni zderzak, plastikową obudowę na silnik i jeszcze zamontowałam nowy koszyk (kiedyś miałam małą stłuczkę i od tamtego momentu jeździłam z rozklekotanym przodem). Oczywiście wszystko zrobił dla mnie mechanik. Bardzo rzetelny i uczciwy rzemieślnik. Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych i za każdym razem jak się czegoś podejmie efekt przerasta oczekiwania. Zupełnie przypadkiem udało nam się go znaleźć (razem z Hoai). Wielu poprzednich partaczy zawsze korzystało z argumentu, że przecież Honda jest stara i normalne, że się psuje. Tak miałam z kierunkowskazami, które następnego dnia po naprawie przestawały działać. I tak chyba z trzy razy pod rząd. Aż wreszcie natrafiłam na tego mechanika. Ma swój warsztat na chodniku. Bez problemów załatwił wszystkie niezbędne do wymiany elementy i naprawił silnik. Kompleksowa naprawa wyniosła 1 075 000 Dongów czyli niewiele ponad 50 Dolarów.

sobota, 7 grudnia 2013

Dzizas!

Wchodzę do łazienki, przeglądam się w lustrze a tu nagle na półkę przy umywalce spada gekon! Musiał się odkleić od sufitu! 

Dzisiaj gotowałam po polsku dla znajomych Wietnamek. Specjalnie się nie spinałam i zrobiłam kopytka, kombinowaną zupę pomidorową (z klopsikami) i do tego surówkę z marchewki i jabłka. Na szczęście Nguyen i Hoai doskonale odnalazły się w roli gości. Robią postępy, a zwłaszcza Hoai. Z Wietnamkami jest tak, że zaprosisz je na obiad do siebie i to one zaczną dla ciebie gotować a na koniec pozmywają ci naczynia i posprzątają w kuchni. Tym razem spokojnie odpoczywały na kanapie a ja dostarczałam im rozrywki moim gotowaniem. Na koniec w zlewie pozostała sterta brudnych naczyń i pojechałyśmy do centrum.

Wczoraj miałam niezły ubaw w przedszkolu. Każdego ranka siedzimy w kółeczku i odbębniamy codzienną rutynę. Należy do niej m.in. "poranna wiadomość". Jedno dziecko otrzymuje słówko i na tabliczce zaznacza ilość liter a pozostałe dzieciaki muszą zgadnąć o jakie słowo chodzi (jak w grze w szubienice, tylko, że nikogo nie wieszamy;). Jeżeli nie trafią to mają za zadanie powiedzieć jedno słówko, które zaczyna się na chybioną literę, np.: "S" - Snake, "P" - Pirate. Nam Anh spudłował z literką "G" i mówi: "Dzi" - Dzizas Krajst tonem wyjętym wprost z amerykańskiego filmu, w którym jakiś gangster chce wyrazić swoją irytację ;).



środa, 4 grudnia 2013

Mikołaj i choinka

Za dwa tygodnie o tej porze będę w Polsce. Mogę już odliczać. W przedszkolu też odliczamy czas do Świąt. Boże Narodzenie ma tutaj jedynie charakter pop kulturowy. W teorii większość społeczeństwa to buddyści a w praktyce raczej materialiści. Buddyzm ma korzenie chińskie (Wietnam znajdował się pod okupacją Kraju Środka przez około tysiąc lat). Dominuje kult przodków: to do nich należy się modlić prosząc o opiekę nad rodziną i to im składa się ofiary niezbędne do przetrwania w "drugim" świecie.

Boże Narodzenie ze swoimi ozdobami i światełkami idealnie trafia w azjatyckie gusta. Wszystko co się świeci i błyszczy ma tutaj wzięcie. Od wyposażenia domów, ubrań, dodatków (a zwłaszcza torebek i pasków) po obudowy na smartphony. 

Obecnie jedną z głównych wieczornych rozrywek jest jazda do centrów handlowych i robienie sobie zdjęć z kolorowymi choinkami czy też grubaśnymi Mikołajami. Zdjęcie to podstawa, robi się je zawsze i w każdej okoliczności. Pierwsze zaraz po przebudzeniu z zaspaną miną, później uwieczniasz swoje śniadanie, kawę (najlepiej w Starbucksie), następnie jazda do pracy, winda w biurze, dłoń stukająca w klawiaturę (a na paznokciach nowy lakier), obowiązkowo lunch (Wietnamczycy nie tylko kochają jedzenie, ale i uwielbiają je fotografować), pod koniec dnia może być jakaś znudzona mina odliczająca minuty do wyjścia z pracy a wieczorem drink z parasolką i kilka zabawnych min (nadęte/wessane policzki, przymknięte oko, kciuk na brodzie a palec wskazujący na policzku itp.) ze znajomymi (którzy na okoliczność uwiecznienia chwili oderwali się od swoich mądrych urządzeń, aby po błysku flesza oddać się komentowaniu i lubieniu na portalach społecznościowych).

Grudniowy kalendarz w przedszkolu: wbrew tradycji golimy Mikołaja. Każdego dnia odcinamy kawałek brody z aktualną datą. W Wietnamie nie ma brodatych mężczyzn.

Ostatnio słyszałam teorię, że ciało (człowieka ze strefy klimatu umiarkowanego) potrzebuje około pół roku po przyjeździe do tropików, żeby przestawić się z funkcji "grzanie" na "chłodzenie". W drugą stronę proces ten trwa 2 lata! Czy to oznacza, że jeżeli kiedyś wrócę to przez pierwsze dwa lata będę marznąć?

wtorek, 3 grudnia 2013

Portret Duriana Graya

Durian to owoc tropikalny występujący na obszarze Azji Południowo - Wschodniej. Pochodzi z Indonezji. 
Ma kształt owalny, do 40 cm długości i wadze do 4 kg, pokryty zieloną grubą skórką z kolcami. Charakterystyczny jest niezwykle intensywny (nieprzyjemny) zapach i wykwintny smak. Nazwa owocu pochodzi od malajskiego słowa duri oznaczającego kolec. Wewnątrz zielonego owocu, czasem przechodzącego w czerwień, znajduje się kremowy jasny miąższ. Owoc rośnie na wysokich drzewach osiągających nawet do 40 m. Spadający kolczasty owoc może zranić lub nawet zabić, dlatego uważany jest za "najniebezpieczniejszy owoc świata". [Wiki]. 

Duriana jadłam raz w życiu (ponad dwa lata temu) i nie mam zamiaru próbować ponownie. Czułam posmak śmierdzących skarpetek przynajmniej przez kolejne pięć godzin po jego zjedzeniu. Wszelkich deserów i słodyczy z durianem unikam jak ognia. Kiedyś na piątkowych modłach muzułmańskich na Sulawesi w Indonezji wraz z Rani dostałyśmy łódeczki z liści bananowca wypełnione galaretką. Zarówno Rani jak i ja uwielbiałyśmy ten deser. Zazwyczaj był wymieszany z kokosem albo z jackfruitem. Okazało się jednak, że wyjątkowo był o smaku duriana właśnie! Wszystkie ciocie Rani przyglądały mi się jak zajadam przygotowane przez nich przysmaki więc nie mogłam się wycofać. Show must go on! Dla żartu zaczęłam zajadać galaretkę, aż mi się uszy trzęsły i zachęcałam Rani do spróbowania póki jeszcze były na dywanie (wszyscy siedzieliśmy na podłodze). Rani nie miała zielonego pojęcia co ją czeka a też nie przepada za durianem. Nie mogłam przestać się śmiać, gdy widziałam jej minę, gdy już poczuła w co się wpakowała;).

 Durian to owoc szybszy od światła. Wcześniej go poczujesz niż zobaczysz. Stragany z durianem można wyczuć przynajmniej 30 metrów wcześniej ;)

Nie dla duriana w singapurskim metrze, taksówkach w Bangkoku czy też na pokładach samolotów!

Dzisiaj Uri przesłał mi mój portret, który wreszcie udało mu się skończyć. Uriego poznałam w Hanoi . Zdjęcia, którymi się posiłkował mają już prawie dwa lata. To byłam ja na początku mojej wietnamskiej przygody. Muszę się zastanowić, jak wiele we mnie z tamtej dziewczyny jeszcze pozostało. 


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Co ma Konfucjusz do jazzu?

Już od ponad dwóch miesięcy chodzę na lekcje tańca, a dokładniej na jazz. Prowadzi je John, Viet Kieu czyli Wietnamczyk zza morza. Wychował się w Kanadzie a teraz wrócił do „kraju przodków”. Okazuje się, że jest lokalnym VIPem, ponieważ jurorował w wietnamskiej edycji You Can Dance (a dokładniej: So You Think You Can Dance, pełna nazwa, identyczna jak w Stanach). Cotygodniowe zajęcia opierają się na stałym schemacie. Na początek rozgrzewka, później przeróżne figury a na koniec układ taneczny do konkretnej piosenki (zmieniana jest co miesiąc). Na rozgrzewkę składają się 4 piosenki. I za każdym razem są to IDENTYCZNE piosenki i za każdym razem powtarzamy IDENTYCZNY zestaw ćwiczeń. Ostatnio wyszłam na piwo i w pubie akurat rozbrzmiewał Justin Timberlake (rozgrzewkowy pewniak) i aż musiałam się powstrzymać, żeby nie zacząć rozciągać się od lewej do prawej nogi. Ja rozumiem powtórzyć coś dwa, trzy razy, ale na litość, na pewno nie dziewięć i w nieskończoność! Zapewne jutro będzie jednakowo, czyli po raz dziesiąty. 

Znajoma Donika (Słowaczka) prowadziła Zumbę w klubie fitness, do którego uczęszczałam w ubiegłym roku. Wcześniej pracowała w Europie. W Wietnamie narzekała na nudę. Nie lubiła powtarzania właśnie. Co tydzień musiała powtarzać te same piosenki i co najwyżej mogła dodać jedną nową. Jeżeli poniosło ją z innowacjami to po zajęciach ustawiała się do niej kolejka Azjatek (Wietnamek, Koreanek czy też Japonek) proszących o „stare, znane” układy. Dla niej w takiej ugładzonej Zumbie brakowało energii i żywiołu.
Jednym z powodów, dla których zrezygnowałam z klubu fitness (i przerzuciłam się na Chodakowską;) była powtarzalność właśnie. Po siedmiu miesiącach regularnego uczęszczania na zajęcia miałam ich najnormalniej w życiu dosyć. Znałam dokładnie ćwiczenia i ilość powtórzeń. Już od pierwszych minut odliczałam czas do końca. 

Powtarzanie jest tutaj podstawową metodą edukacyjną. Powtarza się na każdym etapie nauczania: od przedszkola po uniwersytet. Twoje podstawowe zadanie to powtórzyć za autorytetem i zapamiętać. Wiedza raczej nie pochodzi z doświadczenia, jest przekazywana z góry i to olbrzymiej góry. Dystans między nauczycielem a uczniem jest olbrzymi. 

I to powtarzanie właśnie przejawia się praktycznie na każdej płaszczyźnie życia codziennego. Chociażby od takich banałów jak słuchanie tych samych piosenek dziesiątki razy pod rząd. Zbliża się Nowy Rok, za niedługo nie usłyszy się niczego innego niż Happy New Year ABBY a z okazji wietnamskiego Nowego Roku Tet (wypada na przełomie stycznia i lutego) wszędzie będzie rozbrzmiewać Teteteteten zoj (polecam teledysk). 

Nie wiem, czy istnieje większa władza niż system edukacyjny właśnie. Dzięki niemu można kontrolować całe społeczeństwo od postaw wlewając w młode i chłonne umysły ideologiczne mieszanki przy pomocy identycznych narzędzi. 

Z moimi przedszkolakami spędzam praktycznie cały dzień. Mam przerwę podczas porannej gimnastyki (wszystkie grupy ćwiczą razem) i popołudniowej lekcji prowadzonych przez Wietnamską nauczycielkę Panią Hoa. Gimnastyka, jak można się domyślić, każdego dnia wygląda identycznie. Te same ćwiczenia, ta sama kolejność. Kiedyś Pani Hoa wyjechała na wieś w rocznicę śmierci ojca więc zastępowałam ją podczas ćwiczeń i dzieci zupełnie nie mogły za mną nadążyć. Ba! Nawet nie chciały powtarzać czegoś nowego. Znają tylko jeden możliwy sposób ćwiczeń. 

Podczas zajęć wietnamskich dzieci głównie ćwiczą pisanie. W typowej wietnamskiej szkole podstawowej będą każdego dnia spędzać długie godziny aż wreszcie opanują kaligrafię do perfekcji. Wietnamskie pismo robi wrażenie. Wystarczy wziąć na wyrywki jakiś zeszyt i można zrobić wielkie oczy ze zdziwienia i podziwu. Jak to w ogóle jest możliwe, żeby tak pięknie pisać? Ale czy akurat perfekcyjne literki przyczyniają się do zrównoważonego rozwoju dziecka? Na pewno nie wolno przesadzać.  

 Każdy dzieciak z wietnamskiej podstawówki potrafi tak pisać! Ile wysiłku muszą w to włożyć można poznać po ich błękitnych od atramentu dłoniach.

Podczas wietnamskich zajęć liczy się efekt a nie sam proces. Nieważne, że dzieci wyrywały sobie kredki z rąk i żadne z nich nie odłożyło ich na właściwe miejsce, ale liczy się piękny obrazek. Pokolorowany (samemu się raczej nie rysuje) w konwencjonalne barwy, najlepiej bez wyjeżdżania za linię. Zdarza się, że podglądnę przypadkiem, że Pani Hoa pomaga dzieciom kolorować. Jeżeli już im się nie chce, albo się znudziły, albo efekt będzie zbyt mizerny Pani Hoa wkracza do akcji. Bynajmniej nie motywującym słowem i zachętą, ale własną kredką. I na koniec cudny obrazek jest, a jakże! 

Dzieci nie uczy się rozwiązywania problemów, bo to wymaga myślenia, szukania alternatywnych opcji. Umysł powtarzający takowych funkcji raczej nie przejawia. Wyobraźcie sobie zdziwienie na twarzy Pani Hoa, kiedy zaskoczona mówi mi, że ja przecież mam w klasie tylko dwie gumki do mazania a dzieci jest ośmioro więc dla każdego nie starczy. Wytłumaczyłam jej, że chcę, żeby dzieci dzieliły między sobą materiały i gdy czegoś potrzebują mają o to prosić siebie nawzajem. 

I trudno się dziwić ludziom, że potrzebują silnego szefa, który im będzie dokładnie określał zakres obowiązków. Tak to tutaj działa. Każdemu trzeba dokładnie powiedzieć co i w jaki sposób ma robić, w przeciwnym razie nic z tego nie będzie. I gdy pojawia się problem typową wietnamską reakcją będzie jego omijanie. Nie wynika to z lenistwa czy ignorancji a raczej z niewiedzy. Jak już wspomniałam rozwiązanie problemów wymaga przeróżnych umiejętności analitycznych i abstrakcyjnego myślenia, które będzie projektować możliwe rozwiązania i ich konsekwencje. A w jaki sposób można się tego nauczyć, jeżeli wszystko co robisz w szkole to powtarzanie za nauczycielem i pisanie krągłych literek? 

Obok powtarzania kolejnym kluczowym słowem na „pe” jest posłuszeństwo. I też związane z Konfucjuszem. Elita miała się uczyć jak prawidłowo rządzić ludem a lud miał się uczyć jak dać się należycie sobą rządzić. Uczą nas więc wybrańcy a dystans między nami jest nie do przejścia i nawet nikomu na myśl nie przyjdzie, żeby chcieć go zredukować. Taki jest niebiański porządek i basta. Konfucjanizm dążył do zbudowania idealnego społeczeństwa poprzez przestrzeganie obowiązków wynikających z hierarchii społecznej, z rygorystycznego zachowania tradycji, ładu i porządku.

Pamiętam, gdy jeszcze na studiach czytałam teksty Hofstede dzielącego kultury na kolektywne i indywidualistyczne. W kulturze o orientacji indywidualistycznej dobro jednostki stawia się na pierwszym miejscu, orientacja kolektywna priorytetowo traktuje dobro ogółu, grupy. Oczywiście wielki znawca kultur Azję pakuje do wora kolektywizmu. Gdy pierwszy raz zamieszkałam w Wietnamie byłam zszokowana, że np. podczas wypadku drogowego nikt nie udziela pomocy poszkodowanym. Owo dobro ogółu w niemalże każdej codziennej interakcji zdawało się być jakąś dyrdymałą wyssaną z palca. Każdy myślał o swoim nosie, własnym interesie i potrzebach. Zapomnij panie Hofstede o kolektywizmie, którego motywem jest dobro ogółu. Co nie oznacza wcale, że w Azji nie ma się do czynienia z identycznymi dla wszystkich członków grupy zachowaniami. Wynikają one z masowej edukacji, która reprodukuje jeden możliwy wzorzec obywatela i w ten sposób pozbawia ludzi nawet możliwości pomyślenia alternatywy. To, że ludzie przejawiają identyczne zachowania nie jest tożsame z realizowaniem celów grupowych a świadczy raczej o niezwykle skutecznej indoktrynacji. Koniec końców ludzie podejmują jednakowe wybory, ponieważ takie właśnie zachowanie jest dla nich jedyną możliwą do pomyślenia opcją. Innej drogi po prostu nie ma.

Wpis sponsorowany przez chipsy z batatów, jackfruita i selera. A miała być Chodakowska!

niedziela, 1 grudnia 2013

Sobotnie absurdy

Wczoraj umówiłam się z Nguyen „na kawę”, czyli w moim wypadku na sok, tudzież herbatę. Nie mogę pić kawy, a zwłaszcza wietnamskiej, pomimo mojego wielkiego zamiłowania do jej smaku i aromatu. Od razu zaczynam się trząść, zapewne od nadmiaru kofeiny, a w nocy nie mogę zasnąć (nawet gdy wypiję kawę o poranku). 

Jadę więc na skuterze, mojej starawej hondzie z przerdzewiałą rurą wydechową (muszę w końcu wybrać się do mechanika!). Aby wyjechać z mojej dzielnicy drugiej w kierunku centrum muszę dotrzeć do mostu sajgońskiego. Prowadzi do niego wąska, a bardzo ruchliwa ulica. Sporo na niej skrzyżowań z jeszcze mniejszymi, osiedlowymi dróżkami i ostrych zakrętów o marnej widoczności. Przejeżdżam między stłoczonymi, małymi domkami zbudowanymi niemalże wprost na jezdni. O poboczu można tylko pomarzyć. Nagle na środek drogi wchodzi dziecko, około półtoraroczne, mające jeszcze problemy ze stabilnym chodzeniem. Zwalniam, nigdy nie wiadomo, czy nie wpadnie mi zaraz pod koło. Za nim podąża babcia. Myślę więc sobie: „O, dobrze! Złapie dzieciaka i zgarnie na pobocze”. Otóż marzenie ściętej głowy. Babcia zamiast zabrać dziecko ze środka jezdni (tej oto bardzo ruchliwej drogi z mnóstwem skuterów i samochodów, gdzie wyczynem godnym medalu jest minięcie się z innymi pojazdami) postanawia je dokarmić. W jednej ręce ma miskę z papką a w drugiej łyżkę, którą dopycha, już otyłego, dzieciaka. Nigdy nie wątpiłam, że jedzenie i picie są w tym kraju jedynymi słusznymi priorytetami. 

Wreszcie dojechałam do kawiarenki „Prince”. Spijamy nasze soki i spokojnie rozmawiamy. Siedzimy na zewnątrz, na chodniku, przyglądając się przechodniom (dzielnica turystyczna więc sporo turystów, Wietnamczycy raczej nie korzystają z chodników, są przecież zmotoryzowani) i zatrzymującym się na skrzyżowaniu pojazdom. Parkingowy z kawiarenki postanowił powalczyć z karaluchami, które wychodziły ze studzienki. Spryskiwał je środkiem owadobójczym a one w popłochu uciekały we wszystkich możliwych kierunkach. Na szczęście siedziałyśmy na wysokich, barowych krzesłach. Cały ten widok nas rozbawił. Im bardziej pryskał, tym więcej karaluchów wychodziło ze studzienki, niemalże całymi koloniami (a karaluchy są tutaj znacznie większe niż jelonki rogacze;). Później próbował je jeszcze wykopać na jezdnię. Karaluchów nie należy rozdeptywać, ponieważ wtedy rozsiewają jaja i się mnożą. A najzabawniejszy w całej tej sytuacji był podkład muzyczny. W momencie spryskiwania Lauryn Hill śpiewała Killing me softly [zabijał mnie delikatnie]! 

Po sokach nadszedł czas na kolacje. W tym celu należało się przemieścić do lokalnej restauracji. Jedziemy więc na skuterach, jest już ciemno. O każdej porze roku słońce zachodzi przed 18. Tradycyjnie podążałam za Nguyen. Przed nami jechał dostawca lodu. Na tylnym siedzeniu skutera miał wrzucone 5 worków z lodem. Oczywiście nie były w żaden sposób zabezpieczone. I jak się można domyślić nagle worki się obsunęły i spadły na jezdnie, wprost pod koła taksówki. Kierowca samochodu nie miał szans wyhamować i w nie uderzył, prawie jak Titanic w górę lodową! W tym przypadku w tropikach ;). 

Dostawca lodu

środa, 20 listopada 2013

Dzien Nauczyciela

20 listopada w Wietnamie obchodzi się dzień nauczyciela. Z tej okazji wystroiłam się w tradycyjny ao dai! Oczywiście nie obyło się bez prezentów: kwiaty i kosmetyki. Jeszcze nie zdążyłam zużyć tych, które dostałam w ubiegłym roku więc dzisiejsze od razu rozdałam. Trochę dla szkolnej recepcjonistki, sprzątaczki w moim domu (co prawda nie sprząta mojego mieszkania, ale się "kolegujemy") i jeszcze jedna torebka dla żony ochroniarza. Trzeba podtrzymywać dobre relacje sąsiedzkie. Mam do chłopaków interes: ktoś musi mi podlewać kwiatki na tarasie podczas przerwy świątecznej (Pomocy! Dlaczego usychają mi róże?). Na Boże Narodzenie wracam do Polski! Czas zobaczyć śnieg i choinkę a nie tylko palmy ;)

niedziela, 17 listopada 2013

Sztućce

Kubeł z brudnymi pałeczkami. Wczoraj Linh zabrała mnie do wietnamskiej garażowej restauracji. Już zapomniałam jakie to klimaty. 

W Wietnamie (poza restauracjami z wyższej półki) na nic zdaje się zachodnia etykieta stołowa. Zamiast noża i widelca dostanie się tutaj raczej widelec i łyżkę. I w ten oto sposób łyżka staje się nożem (zazwyczaj trzymana w prawej dłoni, jak komu wygodniej). 

I po dwóch latach mieszkania w Azji mlaskanie, siorbanie, rozmawianie z jedzeniem w ustach i rzucie z pełni rozwartą szczęką nie robią na mnie najmniejszego wrażenia.

sobota, 16 listopada 2013

O tajfunie słowo się rzekło

Ostatnio nie pisałam. Brak weny po prostu a w dodatku byłam wyczerpana użeraniem się z dziećmi. Skończyło się na wprowadzeniu karnego jeżyka i powoli odzyskuję władzę absolutną. Dodam tylko, że mam w grupie przypadek nadający się na kolejny odcinek Superniani. Dziewczynka bije inne dzieci, wrzeszczy, pluje, wyzywa, robi co jej się podoba, ale jej pacyfikacja zmierza we właściwym kierunku. Tak więc przez ostatnie dni mam w klasie pole walki, oczywiście wygrywam ja, ale nie obywa się bez strat moralnych i psychicznych. Będzie to jakaś nowa umiejętność: panowania nad niesfornymi dzieciakami i ich unicestwiania, oby kompletnego.

Nie utonęłam, nie porwał mnie tajfun i nie zostałam porażona prądem (zwisające, poplątane kable). Żyć trzeba dalej. 

Żadna katastrofa nas nie nawiedziła. Tajfun powiał w kierunku Chin. Może wybrał bardziej przeludnione tereny. Nawet w ubiegły weekend przyleciała do Sajgonu (Południe) dawna znajoma z Hanoi (Północ), która obecnie mieszka w Da Nang (Centrum). Thao chciała schronić się przed tajfunem. Okazało się, wbrew prognozom, że nie dotarł do centralnych prowincji. Mama coś mi napomknęła, że "pokazywali Wietnam w telewizji". Nic poważniejszego się tutaj nie stało. I nie chcę tutaj zabrzmieć bezdusznie i okrutnie czy też arogancko. Azja to inny świat. Europejska perspektywa na nic się zdaje. 

Populacja Wietnamu właśnie osiągnęła 90mln plasując się tym samym na 14 miejscu na świecie (a 8. w Azji). I jest to sukces! Bo według szacunków z 1989 roku 90-cio milionowy obywatel miał się urodzić już w 2002 roku. A tymczasem nastąpiło to 11 lat później. Państwo usilnie stara się zmniejszyć przyrost naturalny. A jak praktyka pokazuje jedyną skuteczną metodą redukcji przyrostu naturalnego jest wzrost poziomu ekonomicznego kraju i poprawa warunków życia jego mieszkańców. Im lepszy standard życia tym mniejszy przyrost.

W Sajgonie żyje 10mln ludzi. Poważniejsza ulewa jest w stanie podtopić miasto w niespełna 2 godziny. Nikt tutaj nie dba o systemy irygacyjne, domy buduje się gdzie popadnie a do studzienek najlepiej wrzucać śmieci. Miasto jest totalnie przeludnione. Dzisiaj wybrałam się na zakupy do supermarketu w porze popołudniowej drzemki, tak aby uniknąć tłumów. I te pustki w sklepie w Polsce nazwano by "przedświąteczną gorączką". Poruszanie się na skuterze w okolicach centrum, praktycznie o każdej porze dnia (a o godzinie szczytu już nie wspomnę) przypomina koniec meczu piłkarskiego, olbrzymiego festiwalu, czy mszy papieskiej: setki tysięcy ludzi nagle w tym samym momencie postanawia wrócić do domu. Żyję w mieście, gdzie każdego dnia na drogach giną dziesiątki osób. Wiadomości o podtopieniach, tajfunach i ulewach raczej na nikim nie robią wrażenia. Było tak zawsze i tak właśnie będzie. Taka mentalność i stosunek do życia. Ofiary poniżej setki są tutaj traktowane niemalże jak błąd statystyczny. 

Matka natura bez problemu jest w stanie zburzyć barakowe domki, przyklejone jeden do drugiego: każdy centymetr kwadratowy jest tutaj na wagę złota. Wystarczy zdmuchnąć jeden domek, efekt domina dopełni dzieła. Wystarczy, że zwisające przewody elektryczne wywołają zwarcie i cała zalana ulica zostanie porażona, a tym samym wszystko i wszyscy, którzy się na niej znajdują. W jednym ołówkowym domku może mieszkać kilka rodzin, kilka generacji i wraz z silniejszym powiewem 20 osób traci dach nad głową. I wyobraźcie sobie, ile ludzi może się wcisnąć na jednym kilometrze kwadratowym.

Zanim tajfun uderzył w Filipiny na fejsbukowych grupach można było przeczytać przeróżne komentarze. Stosunek Filipińczyków można podsumować zdaniem: "Niech się dzieje wola nieba z nią się zawsze zgadzać trzeba".  Nie lubię i unikam fanatyzmów, zwłaszcza religijnych, w tym i katolickich. A Filipiny są na wskroś katolickie tak jak muzułmańska jest Indonezja. Nie masz wyjścia. Wierzyć musisz a jeżeli nie, to czeka cię społeczny ostracyzm. I gdzie kończy się odpowiedzialność człowieka za własne życie a gdzie zaczyna zdanie się na Bożą łaskę? Większość filipińskich komentarzy przed tajfunem brzmiała: "Modlimy się do Boga". A po tajfunie: "Dziękujemy Bogu za pomoc".

A na koniec z innej beczki...

Za każdym razem zakładając maseczkę ochronną czuję się jak chirurg! Zanieczyszczenie powietrza jest olbrzymie. Najgorzej jest w Hanoi, na szczęście na południu jest nieco lepiej, wieje nam od morza i nieco rozpędza smog.

czwartek, 7 listopada 2013

Kajak zamiast skutera

 Już od wczoraj uliczne głośniki wysyłały w eter komunikaty o nadchodzącym tajfunie. Urzędnicy miejscy podjęli decyzję o ewakuowaniu dzieci ze szkół. Popołudniowe zajęcia zostały odwołane. Rodzice mieli czas, żeby bezpiecznie zabrać dzieci do domu. Moje przedszkole już przed 13 świeciło pustkami.

Powietrze zdawało się stać w miejscu. Każdy więc czekał. Kiedy nadciągnie tajfun?

 Pierwsza wersja brzmiała: "po południu". Ale nic się nie wydarzyło. Kolejna prognoza głosiła: "w nocy". I rzeczywiście, w nocy padało, około 2 nad ranem. Ale tajfun to raczej nie był. Potężna ulewa bez problemów sparaliżowała niemalże całe miasto.

W ten oto sposób z samego rana, po raz pierwszy od sześciu miesięcy, zyskałam szansę integracji z pozostałymi lokatorami w moim domu. 
[Tak samo było w akademiku, gdy brakowało prądu. Nagle cała brać studencka, pozbawiona dostępu do internetu, wylegała na korytarze zorientować się, co przyczyniło się do owej apokalipsy.]

 Wszyscy czekaliśmy przed budynkiem, kryjąc się pod nikłym zadaszeniem przed deszczem, na taksówki. Z wiadomych względów nie przyjeżdżały. Niektóre ulice były kompletnie pozalewane a jedyny komunikat, który można było usłyszeć od dyspozytorki to, że trzeba czekać "veri long" (bardzo długo).
 Takie stwierdzenie w Wietnamie odziera człowieka z resztek nadziei. Dzięki temu mieliśmy okazję dowiedzieć się, kto co robi, jak długo mieszka w Sajgonie i powymieniać ze sobą dalsze kurtuazyjne zdania.

 Akurat ochroniarze zmieniali zmianę i jeden z nich wracał. Pokazał mi siedzenie swojego skutera i zapytał się, czy chcę z nim jechać. Na początku nieco się wahałam. Z głównej ulicy słyszałam pojękiwania zalewanych silników i w głowie miałam wizję utknięcia w otchłaniach szaroburej wody. Na taksówkę szans też nie było.

Do pracy z domu mam około 4 minuty. Teoretycznie mogło się udać. Założyłam więc kask i ruszyliśmy. Jeszcze nigdy nie widziałam kompletnie pozatapianych ulic. Mijaliśmy innych kierowców popychających swoje zalane skutery zastanawiając się, kiedy padnie nasza kolej. O dziwo udało się.

Woda wdarła się nawet na przedszkolny dziedziniec. Szkolne podwórko, po przeciwnej stronie ulicy, było kompletnie zalane.

Trochę po fakcie, przewidywanie nie jest mocną stroną w tym kraju, postanowiono odwołać zajęcia. Czekała na mnie misja powrotu do domu. Postanowiłam trochę poczekać aż woda nieco opadnie. I tak na taksówkę nie miałam szans. Około południa postanowiłam wrócić. Recepcjonistka zadzwoniła po taksówkę. Ten sam komunikat dyspozytorki: "niczego nie mogę obiecać". Na szczęście nie musiałam długo czekać. Zanim weszłam do samochodu brodziłam w wodzie sięgającej do połowy łydek.

Wróciłam do domu i już nigdzie się nie ruszam. Zobaczymy, co będzie jutro.

Najczęstszym dzisiejszym widokiem były pozalewane skutery i samochody. W Sajgonie nawet kilkugodzinny deszcz powoduje zalanie ulic a co dopiero nocna ulewa. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby odpalać filigranową Hondę. Unikałam wszelkiego kontaktu z wodą jak ognia. Tym bardziej, że w wielu miejscach pozalewany były skrzynki elektryczne i spontanicznie zwisające kable dzisiaj miały okazję nieco pomoczyć się w wodzie. 

Poro sucha, przybywaj!  Koniec już z tymi monsunami i tajfunami! Proszę, bardzo proszę :). 
Może powinnam utopić Marzannę?

Zdjęcia: tuoitre.vn

niedziela, 3 listopada 2013

Another side of Vietnam

Na Facebooku jestem fanką strony: "Another side of Vietnam". Bardzo często ktoś wkleja jakieś zabawne zdjęcia. W ostatnim czasie właśnie te najbardziej mnie rozbawiły:

Babcia na Kawasaki a klapki na ziemi. Zapewne jakiś wnuczek zrobił sobie żart.

 Płaszcz przeciwdeszczowy do jazdy na skuterze z przezroczystym kwadratem do założenia na przednią lampę. 

Strach "na wróble" na polu ryżowym.

A z innych poważnych postanowień dopisałam: "OPUŚCIĆ WIETNAM" (i Azję też) do mojej bucket list. Do trzech razy sztuka. Zostaję tutaj do końca maja 2014, proszę mi to przypomnieć. Wreszcie jest czarno na białym.

piątek, 1 listopada 2013

Przedszkolna ontologia

Praca z dziećmi bez wątpienia dostarcza mi rozrywki każdego dnia. Dzisiaj Nam Anh (Superman) rozkręcał rolkę papierowych ręczników, urywał po troszku i wyrzucał. Mówię więc do niego, że papier zrobiony jest z drzew i w ten sposób marnujemy niepotrzebnie drzewa. Bao Chau (żółta wróżka) podniosła skrawek białego ręcznika do góry i bacznie się przyglądała po czym stwierdziła: "Nie widzę żadnych zielonych liści!". Zaczęłam więc im tłumaczyć skąd bierze się papier puentując: "W ten sposób wynaleziono papier". Nam Anh od razu zapytał: "A w jaki sposób wynaleziono człowieka?". Otóż to jest pytanie, na które odpowiedzi szukano od zawsze.

niedziela, 27 października 2013

Owoce z chilli i solą na deser

Cząstki pomelo obtacza się w mieszance z soli i chilli. Inne popularne owoce, które najlepiej smakują "na ostro" to ananasy, zielone (kwaśne) mango, pomarańcze i arbuzy.
[Osobiście, jak w reklamie Mountain Dew, wolę bez!].

sobota, 26 października 2013

Batat - daleki kuzyn ziemniaka

 Bataty, czyli słodkie ziemniaki, które de facto są jedynie dalekim kuzynem ziemniaka. Pierwotnie pochodzą z Ameryki Środkowej i Południowej, ale czują się dobrze w całej strefie tropikalnej. Bulwy wielkością przypominają grubaśne marchewki. Zarówno skórka, jak i miąższ mogą mieć różne kolory: białe, żółte, bordowe. Im ciemniejsze w środku, tym zawierają więcej Beta Karotenu.

W Wietnamie popularne jest jedzenie ugotowanych batatów jako drobnej przekąski, którą można zabrać ze sobą np. w podróż (ugotowane można kupić na targu lub ulicznym poboczu).

czwartek, 24 października 2013

Zawijanie

 W Wietnamie popularne jest "dokańczanie" potraw. Na stole znajdują się gotowe składniki, które trzeba połączyć ze sobą wedle uznania. W ten sposób można zawijać przeróżne rodzaje sajgonko - podobnych ruloników. Oczywiście, nazwa potrawy zmienia się w zależności od użytego rodzaju papieru ryżowego i dodatków. Na zdjęciu Hoai zmiękcza wodą płat papieru. 
[Nie służy ona do mycia rąk, tak jak miałoby to miejsce w Indonezji, w Wietnamie dostaje się w tym celu "wilgotne chusteczki"].

Namoknięty papier staje się miękki dzięki czemu już się nie łamie i z łatwością można go zawinąć. Do środka trafi grillowane mięso, różne rodzaje sałaty, ogórki, karambola (starfruit: gwiaździsty owoc), zielone banany i biały makaron ryżowy.

środa, 23 października 2013

Sajgońskie mieszczuchy nad morzem

W niedzielę wybraliśmy się nad morze. Na początku było nas sześcioro, później dołączyły kolejne osoby. Pojechaliśmy minibusem do Long Hai (oddalonego o dwie godziny od Sajgonu: HCMC). Na stacji autobusowej, wraz z zakupionym biletem, każdy pasażer otrzymał butelkę wody (z nazwami miejscowości na etykiecie) i wilgotną chusteczkę.

 Byłam w grupie kitesurferów. Sama jednak nie spróbowałam, ale może kiedyś...

 Przygotowywanie deski i latawca.

 Ekipa w akcji

 A ja tylko się przyglądałam i beztrosko leniuchowałam. Spacerowałam po plaży, słuchałam szumu fal i przepuszczałam przez palce morską bryzę.  Życie jest piękne! I wreszcie trafił nam się słoneczny dzień w pochmurnej porze deszczowej. 

Nawet morze nie wygra z tabletem. A bez niego ani rusz, w przeciwnym razie można zanudzić się na śmierć!

wtorek, 22 października 2013

Binh, syn rybaka



Binh ma 34 lata i już od 13-nastu lat jego miejscem pracy jest morze. Jego twarz i ręce są spieczone od słońca. Każdego dnia, a może bardziej adekwatnie: nocy, na rozklekotanym rowerze  pokonuje kilometrowy odcinek dzielący jego dom od plaży. Na drobnym, gładkim piasku znajduje się łódź, która raczej przypomina  gigantyczną łupinkę od orzecha lub bardziej prozaicznie: wannę! 

Wypływa na przybrzeżne wody jeszcze przed wschodem słońca. Połów zaczyna o 3 nad ranem. Każdego ranka uczestniczy w odwiecznym rytuale słońca, które pewnie wschodzi ponad horyzont definitywnie kończąc ciemność nocy.  

Czasami połów bywa obfity, tak, że łupinkowa łódź niebezpiecznie zatapia się w morskiej głębinie. Binh z trudem uderza o spienione fale drewnianym wiosłem próbując bez szwanku dopłynąć do brzegu nie utraciwszy żadnej zdobyczy. 

Czasami fale są tak silne, że z łatwością odwracają łupinkę do góry dnem fundując poranną kąpiel w słonej wodzie.  

Binh nauczył się łowić od ojca, a ten od dziadka. Zaczął w wieku 21 lat. Wcześniej musiał się ożenić. Nie można być rybakiem bez żony. To ona (młodsza o dwa lata) każdego ranka sprzedaje świeże ryby i owoce morza na targu. Wraz z morzem należy zaślubić żonę, a może wraz z żoną zaślubia się morze: dziedzictwo, które każde wcześniejsze pokolenie dostało od ojca.

Codziennie połów wygląda inaczej. Binh nigdy nie wie, co złowi. Czasami wystarczą dwie godziny, a bywa, że i po pięciu nie ma z czym wracać do brzegu. Binh musi się śpieszyć. Ludzie przychodzą na targ z samego rana, żeby zaopatrzyć się w świeże ryby. Dziennie zarabia około 400tys. dongów, równowartość niecałych 20stu dolarów. Kalkulując, miesięcznie jego rodzina ma do dyspozycji około 600 dolarów. Na pewno są w stanie nieco zaoszczędzić na jedzeniu. W codziennym menu nie brakuje ryb i owoców morza. Jedzą wszystko to, czego nie udało się sprzedać. Gotuje żona.  

Bywają dni, że Binh nie ma czasu wrócić do domu na lunch, ponieważ oporządza łódź i cierpliwie zwija olbrzymie sieci. Łódź musi być gotowa na następny połów przed zmierzchem. 

Binh ma dwójkę dzieci. Starszy syn ma 12 lat a młodszy 7. Jeszcze nigdy nie wypłynęli z nim na morze, są za mali.  

Rybaków w okolicy jest wielu. Morze jedno. Zdarza się, że walczą między sobą i zawzięte potyczki słowne przeradzają się w gwałtowne bijatyki. Każdy broni swojego rewiru. Na szczęście Binh nigdy nie musiał wyciągać pięści. Binh jest bardzo skromny i cierpliwy. Spokojnym tonem odpowiadał na nasze pytania i zawstydził się już na samą prośbę o zrobienie kilku zdjęć. 

Gdy nad ranem przewracam się z boku na bok Binh w mroku zarzuca sieci na połów. A świadkiem jego wysiłku i wylanych kropli potu jest księżyc powoli ustępujący miejsca czerwonej, ognistej kuli mieniącej się w niespokojnym Południowochińskim Morzu…



     "Łodzie" gotowe są na kolejny połów. Każda z nich ma silnik, komplet wioseł i mozolnie poskładane sieci.


 Resztki z porannego połowu.



Na pytanie: "czy lubi jeść ryby?" Binh uśmiechnął się od ucha do ucha i odpowiedział, że tak!



Dzieciaki radośnie pluskające się w morzu.