Kolejna wycieczka z problemami żołądkowymi. A to chyba wszystko przez to, że przez ostatni rok praktycznie nigdy nie jadłam w "podejrzanych" miejscach. Zawsze w przedszkolu i w sprawdzonych restauracjach. W dodatku w międzyczasie łykałam jakieś leki, żeby pozbawić się zbędnych lokatorów w przewodzie pokarmowym, tak na wszelki wypadek (taki ekspacki trend). No i masz babo placek! Jestem żywieniową dziewicą w Azji. Łyk obcej wody i mnie zmaga. Jak tu przetrwać kolejny tydzień w Palu? Moja dieta ogranicza się do chleba, francuskiego masła, kilku owoców i jajek. No i bez Chodakowskiej mam akcję bikini. Zero lokalnego jedzenia, na sam widok którego dostaję praktycznie mdłości. Jakoś mi nie żal, bo wszystkiego spróbowałam już rok temu. Najgorzej tylko ukryć ten fakt przed rodziną, z którą mieszkam. Bynajmniej nie wynika to z mojej arogancji. Im dłużej jestem w Azji, tym częściej sięgam po zachodnie produkty. To ponoć dość normalny przejaw zasiedzenia. I znak, że czas już zmienić kontynent.
Dlatego podróżowanie niczemu nie służy. Jeśli ktoś nie ma nic w środku, nie znajdzie też nic na zewnątrz. Daremnie szukać po świecie czegoś, czego nie można odnaleźć w sobie - Tiziano Terzani, Nic nie zdarza się przypadkiem.
Uliczna sprzedawczyni kleistego ryżu
wtorek, 3 czerwca 2014
niedziela, 25 maja 2014
Z Photoshopem Ci do twarzy!
W Wietnamie roi się od
podróbek i oszustw (scam). Podrabiane są markowe ubrania, plecaki, kosmetyki,
sprzęt elektroniczny czy też skutery. Lista jest niemalże nieskończona. To samo
tyczy się oszustw, przed którymi ostrzega biblia backpakersów, czyli Lonely
Planet. Szemrany taksówkarz może zabrać Cię do hotelu o identycznej nazwie jak
ten, który zarezerwowałeś online. A jednak coś nie gra.
Również Koreańczycy są
mistrzami podróbek, a raczej imitacji. Są w stanie stworzyć bliźniacze marki
kosmetyków (The body shop -> the face shop) czy też „francuskich piekarni”
(Tous les journes). Konfucjanizm, tak silnie oddziaływujący w regionie, nigdy
nie promował kreatywności, miał raczej na celu utrwalanie status quo.
Kiedyś umieściłam zdjęcia
z mojej sesji zdjęciowej w Ao Dai-u, tradycyjnej wietnamskiej tunice. Chłopak,
młody projektant, który ją zorganizował poprosił mnie o wybranie 20 zdjęć do „Photoshopa”.
Już w trakcie robienia zdjęć nie za bardzo byłam zadowolona z fotografa. Nie
miał żadnej spójnej koncepcji i niespecjalnie skupiał się na jakości robionych
zdjęć. Po zrobieniu zdjęcia mojej twarzy, pokazał mi je na wyświetlaczu aparatu
komentując: „po photoshopie będzie dobre”. Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy
dać mu w twarz. Moja pacyfistyczna natura wzięła górę i postanowiłam zamilczeć.
Wczoraj odebrałam zdjęcia
po przeróbce. Od początku coś mi nie pasowało, więc zaczęłam każde z nich
porównywać z oryginałem. I nie mogłam uwierzyć, że zostałam wyszczuplona (widać
za rzadko ćwiczę z Chodakowską, MelB i Tiffany), wydłużona (jakby moje 174cm
było mało), moja twarz stała się pozbawioną ekspresji białą kulką, a nawet zmieniłam
kolor oczu na niebieski! Co jak co, ale oczy mam ciemne po tacie, bracia mają
niebieskie po mamie, ale nie ja! A już nie wspomnę o błękitnym, przejrzystym
niebie. Cały smog nagle wyparował, szkoda, że moje płuca tego nie poczuły.
Chłopak nieźle się
napracował a ja narzekam i poprosiłam o mniej inwazyjną ingerencję, która
będzie skupiać się głównie na właściwej kompozycji. Lubię moje zmarszczki,
blizny na czole i moją figurę. Może w oczach fotografa nie jestem ideałem, ale
nawet nim nie chce być. Retuszowanie zdjęć jest tutaj chlebem powszednim.
Zdjęcia ślubne, które robi się jeszcze PRZED ślubem, wyglądają identycznie. Każda
panna młoda ma nieskazitelnie białą cerę, zadarty, szpiczasty nos, podłużną szczękę (tak
upragnioną V-line) w dodatku zdaje się być nieco wyższa. I ludzie kochają
siebie w tej lepszej, piękniejszej wersji. Może nawet wierzą, że tak wytwornie
wyglądają na co dzień. A czy od razu trzeba mówić, że to Photoshop? Nie każdego przecież strać na chirurga plastycznego (w operacjach twarzy prym wiodą Koreańczycy z Południa). Ewidentnie
przesadzam. Powinnam sobie wreszcie znaleźć jakieś poważne problemy w moim lekkim
życiu.
Tak, od dzisiaj jestem niebieskooka a blizny na czole zniknęły. Nawet nie wiem skąd je mam. Pewnie w dzieciństwie biłam się z bratem. Kiedyś nawet stłukł mi okulary na twarzy.
Na innych zdjęciach zostałam bardziej odchudzona, oczywiście tych nie pokażę, bo nagle zaczęłam się zastanawiać, czy może ja rzeczywiście nie powinnam przejść na dietę ;). Nawet drzewo jest bujniejsze
Przyznaję, błękitne niebo wygląda lepiej, ale ja nie w takim Sajgonie mieszkałam.
Przedszkolne zabawy
Zielone światło (biegnij) czerwone światło (zatrzymaj się): edukacyjne zabawy w Wietnamie.
Niczym młoda matka
mogłabym rozmawiać godzinami o dzieciach. Zwłaszcza tych w wieku przedszkolnym.
Jednakże daleko mi do stereotypu Matki Polki. Pamiętam jak jeszcze w szkole
średniej nauczycielka angielskiego wytknęła mi, obserwując moją obojętną
reakcję na jej pełne wzruszeń i emocji opowiadanie, że oto jestem: „niewrażliwa”.
I tak już mi zostało. W końcu wychowałam się z dwójką braci.
Za każdym razem podczas
zabawy na „świeżym powietrzu” (ten zwrot nijak się ma do koszmarnego zanieczyszczenia),
gdy jakiś dzieciak przewrócił się, udawałam, że tego nie widzę. Miał się pozbierać
z ziemi i dojść do siebie bez przykuwania zbytniej uwagi, która mogłaby
spowodować wybuch płaczu. Jak już dziecko doszło do siebie to pytałam, czy
wszystko w porządku. I dumnie odpowiadały, że tak (czasami dzieci mają poczucie
winy, że były niezdarne i się wywróciły, potknęły, albo też robiły coś, co było
niebezpieczne i wtedy w płaczu szukają usprawiedliwienia, to przynajmniej moja
obserwacja).
Zdarzało się jednak, że
zaczynały płakać, bo porządnie się potłukły. Pokazałam dzieciakom co mają robić
w takich sytuacjach. Po pierwsze przynieść kubeczek z wodą, chusteczki i zacząć
razem oddychać. Należało pokazać dziecku jak ma oddychać:
głęboki wdech przez nos i długi wydech ustami. I tak przynajmniej 5 razy. Po
maksymalnie dwóch minutach dramat zakończony. Dzieciak w asyście innych
podnosił się i zaczynał się na nowo bawić. Wilk syty i owca cała. Dzieciaki
stawały się odważniejsze, nie bały się upadków a jednocześnie uczyły się
pomagać sobie nawzajem. Często nie musiałam nawet mówić co mają robić, same
organizowały całą „akcję ratunkową”. Ja wkraczałam wtedy, gdy lała się krew ;).
Ale tylko na początku. Wiedziały, gdzie znajduje się apteczka z plasterkami i
umiały sobie go nakleić na palec, czasami nawet zdezynfekować wodą utlenioną.
Na szczęście cały ten bootcamp
zakończył się bez ofiar. Pamiętam jak w dzieciństwie wywróciłam na siebie szafę
z kryształami. Obok niej znajdował się stół dzięki czemu mnie nie zgniotła.
Nie powinnam już dłużej
odwlekać pakowania i sprzątania. Obiecuję, że za 5 minut zacznę!
sobota, 24 maja 2014
Wakacje!
Skaczemy na trzy!
W piątek zakończyliśmy rok szkolny. Przez blisko 10 miesięcy pracowałam z 9cio osobową grupą przedszkolaków. Byłam zaskoczona, że dostałam prezenty od rodziców. Jako jedyna nauczycielka w przedszkolu! Tutaj zasypuje się nauczyciela prezentami w ciągu roku szkolnego: dzień nauczyciela, nowy rok, dzień kobiet. To taka forma łapówki w celu faworyzowania dziecka. Na końcu roku już nikt nie ma żadnego interesu więc i prezentów brak. A jednak. Najbardziej cieszą mnie listy od rodziców, laurki od dzieci i serdeczne podziękowania. W wychowanie tych dzieciaków włożyłam całe swoje serce i aż miło popatrzeć jak bardzo się zmieniły, jak wiele się nauczyły. Może im coś z tego zostanie.
Jak na razie nie mogą się doczekać aż pójdą do szkoły. Nic dziwnego. Zorganizowałam specjalną misję poszukiwania skarbów, która zakończyła się wizytą w szkole (budynek po przeciwnej stronie ulicy). Dzieciaki miały za zadanie podążać za wskazówkami ukrytymi m.in. w ich plecakach i różnych pomieszczeniach przedszkolnych a na końcu odczytać zaszyfrowaną wiadomość, która nas skierowała do podstawówki. Tam czekała na nas grupa pierwszoklasistów z kolejnymi grami. A na końcu plac zabaw. Kto nie chciałby pójść do takiej szkoły?
niedziela, 18 maja 2014
Do sprzedania: Honda Cub z 22 letnią pamięcią niezapomnianych przejażdżek
Znów zaczęli blokować
fejsbuka. Oczywiście rozwiązanie można znaleźć w przeciągu jednej minuty
wpisując w wyszukiwarkę frazę: „jak odblokować FB w Wietnamie”. Wystarczy
zainstalować dodatkowy program, który zmienia adres IP. Dzisiaj w centrum roiło
się od policji. Za wszelką cenę chcą utrzymać spokój i zapobiec ewentualnym
zamieszkom. A poza tym życie toczy się swoim rytmem. Na ulicach miliony ludzi,
miliony skuterów a słońce niemiłosiernie praży.
Mój ostatni tydzień w
Sajgonie. Oddałam temu miejscu dwa lata mojej egzystencji. Przepiękne lata.
Nawet sama nie mogę uwierzyć jak wiele się w tym czasie nauczyłam, jak wiele
moje oczy widziały. Czasami zbyt wiele. Zbyt wiele biedy, nędzy, przemocy, cynizmu,
arogancji i krętactwa. Właśnie dzięki temu jak nigdy cieszy mnie kolejny dzień
życia. Mam świadomość, że granica między życiem a śmiercią jest niezwykle
krucha. Dopiero w Birmie poczułam, że na próżno łudzimy się posiadaniem
kontroli nad własnym życiem. Wszystko, co bierzemy za pewnik, może runąć w przeciągu
kilku minut. Nasze zdrowie, bezpieczeństwo, nadzieja. Wbrew całej
otoczce młodości, siły i zaradności.
Niewątpliwie w Wietnamie
sportem wysokiego ryzyka jest jazda na skuterze. Za każdym razem, gdy czeka
mnie dłuższa trasa wznoszę akty strzeliste do św. Krzysztofa. I nadal żyję. Mogłabym
się godzinami rozwodzić nad sposobem zorganizowania ruchu ulicznego. W całym
tutejszym chaosie istnieje jego logika. Logika jazdy pod prąd, ciągłego
trąbienia, wymuszania pierwszeństwa, taranowania najmniejszych uczestników, wzajemnego
blokowania się i przewidywania nieprzewidywalności. Mnie w pewnym stopniu udało
się tę logikę pojąć, z czego jestem niezmiernie dumna. Pamiętam, gdy czekała
mnie pierwsza jazda na skuterze do centrum, jeszcze w Hanoi. W nocy ze stresu
ledwo udało mi się zmrużyć oko. Dzisiaj nie śpię głównie z powodu upałów. Na
skuterze czuję się pewnie, nie przeraża mnie ruchliwe skrzyżowanie. Zawsze
jednak pamiętam o pokorze i nieustannej czujności. I trzeba będzie to wszystko
zostawić za sobą. Również moją ukochaną Hondę Cub. Sprzedam: ciemnozielona
Japonka, 22 lata.
Moja specjalność: odpalanie na kopniak w szpilkach! Powinnam zostać stopą Gino Rossi!
sobota, 17 maja 2014
Sms od premiera
Zupełnie nie znam się na
polityce. Wietnam i Chiny od lat toczą spór o Wyspy Paracelskie na Morzu
Południowochińskim. Tereny te są bogate w złoża do ropy i gazu. Kolejny sporny archipelag to Wyspy Spratly. Oprócz
Wietnamu i Chin prawo do nich roszczą sobie jeszcze Filipiny, Malezja i Brunei.
W ostatnim czasie doszło do eskalacji konfliktu. Statki wietnamskie i chińskie
regularnie taranują się w tych okolicach. Iskrą na beczce prochu stała się w
ubiegłym tygodniu nowozainstalowana chińska platforma wiertnicza. W niedzielę
(akurat wtedy, gdy miałam sesję zdjęciową) policja pozamykała wszystkie punkty
usługowe w okolicach centrum. Obsługa kawiarni, w której akurat znajdowaliśmy
się poinformowała nas, że muszą zamknąć lokal od zewnątrz (my nadal mogliśmy
zostać w środku, nikt już inny nie mógł wejść). Okolice katedry i poczty
głównej były zupełnie opuszczone. Aż do momentu demonstracji, która miała
wyrazić sprzeciw agresywnym działaniom Chińczyków. Wyobraźcie sobie
manifestację, która niemalże w biegu przechodzi głównymi ulicami miasta, w dodatku
część ludzi w jej środku jedzie na skuterach. Dla mnie całość wyglądała na
rządową ustawkę, przecież w państwie komunistycznym tak po prostu się nie
protestuje. W dodatku niesione hasła wzywające do solidarności, jedności itp. pasują
do każdej możliwej okazji.
Sytuacja w Wietnamie dość
szybko zaczęła wymykać się spod kontroli. Nie należy igrać z masami, a
zwłaszcza tymi niewyedukowanymi. Demonstracje, które miały być pokojowe
przerodziły się w zamieszki. Ofiarą padły strefy industrialne. Jak Wietnam
długi (bo szeroki to nie jest) podpalano i rabowano fabryki. W zamyśle miały to
być chińskie fabryki, ale jak odróżnić te tajwańskie i koreańskie? W końcu wszystkie
mają jakieś „chińskie” znaki a wzburzonych mas nie można tak po prostu
zatrzymać. W Centralnym Wietnamie zginęło 21 osób: 16stu Chińczyków i 5ciu
Wietnamczyków. Aby uniknąć dewastacji fabryki wywieszały wietnamskie flagi i
slogany popierające roszczenia Wietnamu do spornych wysp. Co się stało, to się
jednak nie odstanie. Dziesiątki fabryk spłonęły a setki zostały splądrowane nie
wspominając o stratach w produkcji. (W przeciętnej wietnamskiej fabryce robotnik zarabia mniej niż 200$).
Wczoraj dostałam nawet smsa od premiera, który nawołuje do „wzrostu patriotyzmu w celu obrony świętej suwerenności ojczyzny uciekając się do działań zgodnych z prawem. Złoczyńcy nie mają prawa do wszczynania działań ekstremistycznych, które naruszają interesy i wizerunek kraju”.
Wczoraj dostałam nawet smsa od premiera, który nawołuje do „wzrostu patriotyzmu w celu obrony świętej suwerenności ojczyzny uciekając się do działań zgodnych z prawem. Złoczyńcy nie mają prawa do wszczynania działań ekstremistycznych, które naruszają interesy i wizerunek kraju”.
Na fejbuku krąży plakat z
przeprosinami dla zagranicznych inwestorów. Naród przeprasza:
Make love not war. Za każde kolejne dziecko zapłać jednak podatek. Ja naprawdę nie ogarniam polityki... Nawet społeczeństwa, powinnam oddać dyplom.
Wzniosłe wybory
Spotkałam ostatnio
znajomego, który przenosi się do Maroka. Nie pałał w żaden sposób entuzjazmem. Po
prostu tam będzie prowadził projekt. Co więcej, ubolewał, że w Maroku nie
będzie miał żadnych ciekawych opcji towarzyskich. Nie ma tam zbyt wielu miejsc,
w których można się bawić. Wtedy sobie uświadomiłam, że w Sajgonie jest
dziesiątki klubów a ja zawsze chodzę do tych samych. Z setek japońskich
restauracji wybieram dwie. I tak naprawdę cały ten wybór jest mi zbędny. Bo
przecież mogłabym próbować nowych miejsc, ale po co? Lubię maki w Sushi Miraku,
naleśnika z owoców morza w Sushi Barze na Le Thanh Ton. Piję wódkę (niezwykle popularną tutaj polską Belvedere) z sokiem z
limonki i imbirem w Blanchy’s. Mogę sobie banalnie poplotkować z barmanką Mai,
ostatnio odwiedziła swoją rodzinę w Centralnym Wietnamie. Do Sushi Miraku mam
sentyment, ponieważ restaurację prowadzi ojciec mojej ubiegłorocznej uczennicy.
Wymówka z brakiem wyboru bierze więc w łeb. Tak samo po pracy, gdy wracam do
domu, zazwyczaj słucham mojej ulubionej muzyki.
Słusznie można zauważyć,
że w jakiś sposób musiałam poznać to, co jest teraz znajome a wcześniej było
obce. Nie poszukuję każdego dnia. Jedynie okazjonalnie, będąc w humorze odkrywcy,
który gotów jest porzucić swoją bezpieczną strefę i nie zraża się
rozczarowaniem.
Nadmierny wybór rozmienia
mi jedynie życie na drobne i marnotrawi moją krótką egzystencję. I nie
potrzebuję zaprzątać sobie głowy nic nie znaczącymi alternatywami. Właśnie
wizualizuję sobie w głowie półkę z pastami do zębów w supermarkecie. Kupno
pasty do zębów nie jest kwestią życia lub śmierci, tym bardziej jogurtu czy też
rodzynek. Marny byłby ze mnie marketingowiec. Nie lubię wciskać kitu. I oto ludzie
są święcie przekonani, że wreszcie posiadają wolność wyboru. I to w pełni
wystarczy. Aż mnie duma z tego prawa rozpiera. Jakiego wyboru jednak? Płynu do
mycia podłóg w piętnastu możliwych zapachach? Czy też deski do krojenia o ostrych
tudzież obłych krawędziach? A co z innymi wyborami? Co z wyborem drogi
życiowej, wiary, sposobu wychowywania dzieci, warunków i miejsca pracy, sposobu
starzenia się? Tutaj wybór już tak bezkresny nie jest. Bo albo się dostosujesz
do społecznych wymogów, albo jesteś patologią, odrzutkiem, anarchistą, albo eufemistycznie:
pogubionym, skonsternowanym człowiekiem, który nie potrafi się odnaleźć w
jedynej słusznej rzeczywistości. A w czym mam się odnajdywać? W społeczeństwie
konsumentów łudzących się posiadaniem wyboru zredukowanego jedynie do możliwości
zakupu dóbr rynkowych.
Poczytuję sobie Baumana, sama sobie jestem winna! W dodatku był agentem. W jednej ze swoich
książek cytuje Michela Foucaulta, który snując wywody o tożsamości dochodzi do
wniosku, że należy ją tworzyć (tożsamość) tak jak tworzy się dzieło sztuki. A
czymże jest owa tożsamość? Odpowiedzią na pytanie: „Kim jestem?”, „Jakie jest
moje miejsce w wszechświecie?”, „Po co tu jestem?”. Bauman postuluje, że
obecnie każdy musi samodzielnie kształtować własne życie nawet jeśli „cała
praca sprowadza się do wybierania i składania zestawu gotowych elementów
zapakowanych w płaskie pudełka jak meble z Ikei” [Bauman, Sztuka życia, 102]. Nie wiem czy Foucault byłby takim dziełem
sztuki poruszony. Co począć wtedy, gdy chce się złożyć siebie z innych elementów?
Przecież trzeba je gdzieś znaleźć.
Snuję sobie takie luźne
refleksje, ponieważ powinnam szukać pracy. A szczerze powiedziawszy nie mam na
to ochoty. Bo nie mam ochoty pracować. I św. Paweł od razu mógłby rzec, że "kto
nie chce pracować, niech też nie je” (co w sumie nie byłoby takim marnym
pomysłem, ponieważ przestałam ćwiczyć z Chodakowską a za 3 tygodnie czeka mnie
opalanie się na Sri Lance). Gdy czytam wszelakie ogłoszenia o pracę marzę tylko
o byciu „dyspozycyjną”, rozkoszowaniu się „pracą pod presją czasu” i „radzeniu
sobie w stresujących sytuacjach”. Oj nie, ja chcę mieć święty spokój. Chcę co
kilka miesięcy jeździć na długie wakacje i wracać do domu pełna energii i
zapału do rozwijania kolejnych pasji. Co kto lubi, ja jednak muszę powiedzieć,
że to zupełnie nie dla mnie. Wymyśliłam więc sobie trzy opcje: albo powinnam
zostać jednoosobową firmą, bezrobotną, albo też żoną majętnego męża. Przyjmuję
zakłady i/lub propozycje matrymonialne. Szczegóły omówimy prywatnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






