Uliczna sprzedawczyni kleistego ryżu

Uliczna sprzedawczyni kleistego ryżu

czwartek, 5 września 2013

O monsunach we wrocławskim parku

We wtorek postanowiłam pojechać na zakupy. Było pochmurnie, w końcu to pora deszczowa. Późne popołudnie, tego dnia jeszcze nie padało. Czasami w ogóle nie pada, czasami lekko pokropi, albo lunie niemiłosiernie jak z cebra. Wyjechałam z bramy  i dojeżdżałam do pierwszego progu zwalniającego na moim osiedlu. Wtedy właśnie przez drogę przebiegł czarny kot. Dlatego czarne koty szlajają się bezpańsko? Filemon zapewne urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, albo w jednym z poprzednich ośmiu żyć nałapał wiele mysz, bo nikt go jeszcze nie upolował. I niby nie jestem przesądna, ale… I zaczęłam wymyślać opcję, co tu się może stać. 

Pierwsza myśl to: zatrzyma mnie policja! Za długo już jeżdżę bez kontroli. Zawsze mam odłożone 10 dolarów w portfelu na łapówkę. Powinno wystarczyć, chociaż cenę wywoławczą stanowi 25$. Moja honda (super cub) ma zaledwie 49cm sześciennych. Prawo jazdy wymagane jest od 50. W dodatku nie wygląda najlepiej. Ostatnio rdza mi zżera rurę wydechową. 

Kolejna myśl: honda się zepsuje. Bo tak się jej czasami zdarza. Nie za często, raz na 5 miesięcy pewnie, ale zawsze te chwile napawają mnie grozą i zdają się przydarzać w najgorszych możliwych okolicznościach.
Mogłabym jeszcze wtedy pomyśleć, że będę mieć wypadek, ale chyba tę opcję pominęłam. 

Zupełnie też zignorowałam czarne, kłębiące się na niebie, monsunowe chmury. Żadna to nowość, że w porze deszczowej pada. Tylko JAK pada! Otóż jak się okazuje, klimat zwrotnikowy to nie przelewki. Albo i właśnie. To są nieprzewidywalne i gigantyczne przelewki! 

I powinnam była posłuchać rady strażnika miejskiego we wrocławskim parku. Dokładnie dwa lata temu kazał uważać na deszcze monsunowe. Akurat oblewaliśmy moją obronę. W miejscach publicznych spożywać alkoholu nie wolno. Ławeczki w parku nie służą do obalania kolejnych butelek. Panowie mundurowi byli bardzo mili i na wiadomość, że za kilka dni wyjeżdżam do Azji udzielili, obok obywatelskich pouczeń, kilku praktycznych rad. I właśnie na te monsuny kazali uważać. Na ławce obok siedziała grupka młodych chłopaków, którym strażnicy przykazali odprowadzić nas do domu. Wszyscy trafiliśmy do tego samego klubu. Uwielbiałam studiować! 

Po dwóch latach jadę ciemnozieloną hondą szerokimi sajgońskimi ulicami. Część kierowców zjechała na pobocze, żeby założyć płaszcze przeciwdeszczowe. Nie zważając na lekką mżawkę przyśpieszyłam na niemalże pustej ulicy. I nagle wjechałam w sam środek ulewy. Szybko założyłam płaszcz. Nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby wrócić do domu. Byłam już w połowie drogi a moja lodówka potrzebowała reanimacji. Jechałam dalej. Sam środek ulewy okazał się być tylko jej skrajem i najgorsze było dopiero przede mną. Miałam zalane okulary, tusz do rzęs i deszczówka szczypały mnie w oczy tak, że niczego nie widziałam. Zresztą, musiałam praktycznie zamknąć oczy, ponieważ opady były tak potężne, że nie sposób było patrzeć przed siebie. Przez półotwarte powieki, z okularami nisko spuszczonymi na nosie (a mam dość dużą wadę wzroku), podążałam za światłami skuterów przedzierając się przez szaroburą ścianę deszczu. W kilka minut ulice były kompletnie pozalewane a honda powoli zaczęła odmawiać posłuszeństwa. „Tylko nie teraz, nie w takiej chwili” zdawałam się jej powtarzać. Co ja pocznę z zalanym silnikiem w środku ulewy? Kilka razy nie chciała wejść na obroty a ja nieprzerwanie recytowałam jak mantrę: „dasz radę, jeszcze troszkę!”. Udało się. Dojechałam do sklepu. Zanim skończyłam robić zakupy deszcz zelżał. Tylko „kropiło”. Honda odpaliła za pierwszym razem, ale gdy zatrzymałam się na chwilkę, w poszukiwaniu karty parkingowej, silnik zgasł. Zaczęłam kopanie. Raz, dwa, trzy, no odpal wreszcie! Cztery. Udało się. Zalanymi ulicami, bardziej przypominającymi kanały (oj nie wnikam co było w tej czarnej wodzie) wróciłam do domu. Po drodze mijałam kierowców walczących ze swoimi skuterami. Tym razem to nie ja miałam przymusowy postój na poboczu. Wróciłam do domu. Cudowne uczucie. Zaraz po wejściu czekał mnie gorący prysznic. Po monsunach nie zostało na mnie ani śladu. 

I dobrze, że nie jestem przesądna. Pecha nie miałam. Trafiłam jedynie na deszcz monsunowy w klimacie zwrotnikowym. A po majowym deszczu się rośnie! Chyba coś pomyliłam. W końcu mamy wrzesień. W przedszkolu zrobiliśmy urodzinowy plakat z miesiącami i akurat o wrześniu zapomniałam. Czy rok może być przestępny? Albo raczej nieprzestępny jedenastomiesięczny?

niedziela, 1 września 2013

Popołudniowy spacer w Beverly Hills (Nguyen Van Huong)

Mieszkam, tak jak większość ekspatów (albo ekspatów z rodzinami), w dzielnicy drugiej. To tutaj swoje siedziby mają międzynarodowe szkoły. Dzielnica druga oddalona jest o około 20 minut od centrum miasta. Aby tam dojechać należy minąć most sajgoński i rzekę Sajgon, albo wybrać opcję pod rzeką z tunelem Thu Thien (najdłuższy tunel pod korytem rzeki w całej Południowo - Wschodniej Azji). Dla mnie tunel jest opcją ostateczną, staram się go unikać, pewnie moja lekka klaustrofobia daje mi wtedy o sobie znać. Tunel wybudowała japońska firma (oczywiście robotnicy byli miejscowi) w 2011 roku i już nie brakuje przeróżnych pogłosek, że coś w nim pęka i przecieka. Jest wysoki na 9metrów, szeroki na 33 a długi na 1.5km! Panuje w nim okropny hałas, zarówno od pędzących pojazdów jak i olbrzymich wiatraków wprawiających powietrze w ruch, wyglądem przypominających turbiny samolotu. Nie słyszę wtedy silnika mojej hondy i obawiam się, że coś mi się w niej zepsuje i nie zorientuję się w jakim momencie (staruszka czasami odmawia posłuszeństwa, chociaż ostatnio ma niesamowicie dużo energii;). Kolejny czynnik przyprawiający mnie o dreszcze to prędkość. Praktycznie każdy jedzie 50km na godzinę, co w wąskim tunelu w wietnamskich warunkach przypomina raczej wyścig, w którym musisz brać udział. 

No ale nie o tunelu chciałam napisać tylko o dzielnicy drugiej a konkretnie o mojej ulicy: Nguyen Van Huong. Żartobliwie nazywam ją Beverly Hills. Wzdłuż drogi, za wysokimi murami, często uwieńczonymi drutem kolczastym, prężą się potężne wille i apartamentowce. Praktycznie każdy budynek, albo osiedle ma swojego ochroniarza. Po zamknięciu ciężkiej bramy wchodzi się do małego, bezpiecznego, czystego świata a wszystko co pozostaje na zewnątrz jest synonimem zacofania, barbarzyństwa i zagrożenia.  W fizycznym sensie na jednej przestrzeni współistnieje ekstremalna bieda i ekstremalne bogactwo i aby móc to z perspektywy europejskiego egalitaryzmu zaakceptować, należy osiągnąć pewien stopień obojętności. Albo sięgnąć po jakieś racjonalizujące argumenty np. przecież Wietnamczycy są bezduszni, jedzą psy i koty; oni są brudni, nie dbają o higienę; są fatalnie wykształceni; brak im jakiejkolwiek kultury, są grubiańscy i aroganccy; żaden z nich nie potrafi jeździć i nie zna kodeksu drogowego; mają naturalnie wrodzoną mniejszą pojemność mózgu. Wszystkie te argumenty usłyszałam z ust przeróżnych ekspatów. A czy jest sens polemizowania z generalizacjami i stereotypami? Tak czy owak, gdyby Ci Wietnamczycy wzięli się wreszcie do roboty to by przecież nie łowili godzinami ryb w cuchnących bajorach i mogliby żyć w lepszych warunkach. A w jaki dokładnie sposób? Kto wie... 
Systemu i kultury chyba jednak nie da się zmienić przez noc. I w dodatku zmienić podług zachodnich standardów. Przecież one są najlepsze, bo nasze. 

Więc ja chyba wybrałam opcję pierwszą z obojętnością. Ludzie żyją w różny sposób i w różnych warunkach. Przez miesiąc zarabiają tyle, ile ja ze swoimi znajomymi podczas jednej imprezy jesteśmy w stanie wydać za kilkanaście drinków. Pewnie bezwarunkowo przyczyniam się do dalszego utrwalania podziału między tymi dwoma światami. Nikt nie powiedział, że życie jest sprawiedliwe. Zawsze uśmiecham się do ochroniarzy i pani sprzątaczki (chociaż mojego mieszkania nie sprząta). Mówię dzień dobry i do zobaczenia. I teraz już nie mam wyjścia, nawet gdybym zapomniała, zatopiona częstokroć w swoich chaotycznych myślach, to ich uśmiech na twarzy i gotowość do odwzajemnienia przywitania na pewno mi przypomną. Mam swoich ulubionych sprzedawców, którzy na mój widok serdecznie podnoszą rękę i zaczynają rozmowę, licząc, że coś z niej zrozumiem (ze zmiennym szczęściem). I wierzę, że  ten właśnie sposób można zrobić jakąś różnicę. Albo tak to sobie tłumaczę.

Zapraszam więc na niedzielny spacer po Beverly Hills:

 W tym domu pewnie mieszka jakiś wielbiciel klasycyzmu (aczkolwiek pewna nie jestem). Na bogato i z pompą: tak należy budować. A najlepiej imitować zachodnią architekturę. Nie wiem skąd skąd w Wietnamczykach bierze poczucie niższości w stosunku do wytworów własnej kultury materialnej. Tradycyjna wietnamska architektura jest bowiem urzekająca: zarówno swoją prostotą jak i funkcjonalnością. Ale żeby jeszcze coś zobaczyć, trzeba udać się na prowincję.

 Prawie jak ogrodzenie zakładu karnego. Paradoksalnie nie ma wyjścia. Trzeba się jakoś zabezpieczyć. Kradną bowiem wszystko i wszędzie, także w wietnamskich dzielnicach. I zapewne nakłada się na to wiele czynników: bieda, patologie (alkoholizm, hazard), mizerna wykrywalność sprawców, kulawy wymiar sprawiedliwości, korupcja i nepotyzm. W ten sposób niejako ludzie sami są zmuszeni do brania spraw we własne ręce. Albo dają ciche przyzwolenie na życie w ciągłym stanie zagrożenia.

 Olbrzymia brama, oczywiście zdobienia są w cenie. 

 A między tymi perfekcyjnymi bramami i ogrodzeniami od czasu do czasu trafia się jakiś pustostan, albo (ś)ciek wodny.

 W takim domu można się poczuć jak księżniczka (w wieży).

 Osiedle apartamentowców. W każdym z tych budynków będzie jeszcze ochroniarz i recepcjonistka.

 Drut nie tylko stwarza granicę fizyczną, ale i psychiczną. 

 A to moja brama :) Na bramie jest jeden ochroniarz a jak wjadę do środka to mamy jeszcze jednego za bramą naszego budynku (niską i bez drutu). Pewnie zarabiają mniej niż 200$ miesięcznie. Nasz śpi w hamaku zawieszonym pod wiatą dla skuterów i ogląda filmy i gra na komputerze, albo słucha melancholijnych wietnamskich ballad. Gdy przychodzę po skuter zawsze mu pokazuję, że sama sobie go wystawię i nie musi wstawać. Już poznał mój grafik i codziennie z rana honda już na mnie czeka przy bramie. Ot, robi mi taką niespodziankę :). W tle po prawej korty tenisowe.

 Poczwórne zabezpieczenie: ogrodzenie, dwa rodzaje drutu kolczastego i kaktus! 

 Sortownia śmieci zaraz przy nowiutkim domu.

 Ogrodzenie biodegradowalne z palmy kokosowej.

 Łowienie ryb między ogrodzeniami.

 Spacerowałam w niedzielne, słoneczne popołudnie i zza większości murów słychać było plusk wody i krzyki dzieci (bawiących się w basenie). 



 W sumie tak sobie myślę, że gdybym miała nieznośne dzieci w wieku nastoletnim to mogłabym w takim domu zamieszkać, przynajmniej nigdzie nie uciekną;).


 Drut wstążkowy?

 Kolejni amatorzy wędkarstwa. Pustą przestrzeń wykorzystaną tutaj również do składowania śmieci.

 Mam znajomą, która mieszkała w podobnym domu. I brama, druty, kamery i ochroniarz a mimo to ich okradli. Część domów wybudowanych jest od strony rzeki i złodzieje podpływają do nich łodziami. I nie jest lekko być zamożnym ekspatem. Ileż ja się nasłuchałam historii o każdorazowym chowaniu drogocenności do sejfu i zamykaniu się z dziećmi w jednym pokoju i zostawianiu zapalonych świateł w całym domu. Można przecież oszaleć! Albo popaść w paranoję. 

 Kontrasty uderzają na każdym kroku.

 Zwisające kable. Czasami byłam zbyt zaabsorbowana wypatrywaniem ciekawych budynków, żeby po prostu spojrzeć przed siebie i nie nadziać się na kabel. 

 Ta willa jest moim numerem jeden: số một! W Wietnamie mówisz "numer jeden" jeżeli chcesz powiedzieć, że coś jest najlepsze.

 I lew, i jednorożec!

 Pewnie drut kolczasty jest tańszy od tradycyjnej siatki.

 I wreszcie równo zasadzone palemki :) Ach, te tropiki! 

 Nie siadać, trawa była idealnie przystrzyżona.

 Znajdzie się nawet amorek przy basenie. Zdjęcie zrobione z boku, od frontu ogrodzenie jest przysłonięte. Ludzie tutaj mają tendencję do bacznego przypatrywania się. Czasami przejeżdżając przez most sajgoński nagle utknę w korku, bo wszyscy kierowcy zwalniają, żeby przyglądnąć się przepływającemu kontenerowcowi, albo zobaczyć jak robotnikom obok idzie budowa.

Numer dwa: số hai, dom sąsiadów. Ja bałabym się tego orła czy też sokoła czy myszołowa nad drzwiami. Już tyle razy w życiu narobiły mi ptaki na głowę, albo i na ramiona... 

sobota, 31 sierpnia 2013

Żabia kawa w niedzielny poranek



O ósmej rano umówiłam się z Nguyen na żabią kawę w ulicznej kawiarence. Niewielkie, plastikowe taboreciki  porozkładane są na chodniku. Siedząc na nich przypominana się trochę żabę i stąd ta nazwa.

 Picie kawy jest bardzo popularne na Południu, na Północy dominuje zielona herbata. Kawę można dostać praktycznie na każdym rogu ulicy, już od pół dolara. W Wietnamie też jest dużo miejscowych sieci kawiarnianych: Trung Nguyen Coffe, Highlands Coffee, Coffee Beans and Tea Leaves. Lokalne marki wypierane są przez te "zachodnie" czyli Starbucks a zamiast tradycyjnej kawy z filtra Nescafe 3 w 1.

 Na żabią kawę przychodzą głównie studenci. W takich miejscach nie tylko pije się kawę, ale: uwaga, uwaga: rozmawia się ze sobą! Tutaj nie ma wifi: w przeciwieństwie do kawiarni, w których ludzie często siedząc przy jednym stoliku nie są w stanie zamienić ze sobą żadnego słowa, ponieważ każdy wlepiony jest w swój telefon, Ipada czy komputer. Okazjonalnie perfekcyjnie umalowane i odświętnie ubrane koleżanki zrobią sobie zdjęcie z ręki, żeby je następnie opublikować na jakimś portalu społecznościowym i na nowo zamilkną, żeby zająć się wpisywaniem komentarzy.

 Obsługa. Uliczna kawiarenka to biznes rodzinny. Kawę przygotowuje matka a do "taborecików" donosi ją syn.

 Cà phê sữa đá: czyli kawa z lodem i skondensowanym mlekiem (świeże za szybko się tutaj psuje). Jak się okazuje kolonizacja miała też swoje plusy: to właśnie Francuzi, pod koniec XIX wieku, nauczyli Wietnamczyków zaparzania kawy w metalowych filtrach.


Jedną kawę można sączyć godzinami i spokojnie przyglądać się życiu ulicy. Kawiarenka usytuowana jest z dala od głównej drogi, nieopodal parku.

 Nguyen i pozostali klienci. Najwięcej z nich przychodzi około 8.30. 

 Uwielbiam aromat i smak wietnamskiej kawy, niestety de facto nie za często mogę ją pić. Jest dla mnie zbyt mocna i zazwyczaj nie mogę spać w nocy (jeżeli wypiję ją z samego rana jest w porządku) i czasami trzęsę się od kofeiny. Dla mnie liczy się cały rytuał picia kawy: nasze spotkania, rozmowy, przyglądanie się przechodniom i interakcje z ulicznymi sprzedawcami.

 Motyw na poranną randkę? Czemu nie? Zazwyczaj młodzi ludzie nie mogą sprowadzać do domu swoich partnerów więc spotykają się razem na mieście. Zawsze należy coś zjeść i wypić.

 Gdy przybywa więcej klientów kawiarenka się powiększa i zajmuje przeciwległy chodnik, który służy głównie jako parking dla skuterów. 

 Wszyscy gdzieś idą, jadą a my spokojnie sączymy kawę i słuchamy rozmów i śmiechów innych klientów. 

 W Wietnamie każdy może zacząć swój biznes. Najprostszą opcję stanowią usługi. Uliczni sprzedawcy noszą kosze z orzeszkami ziemnymi, ryżowymi plackami, owocami, ugotowanymi przepiórczymi jajkami czy też gumami do żucia, papierosami i mokrymi chusteczkami. Zawsze więc siedząc na ulicy zostanie się przez nich nagabniętym do kupna. Czasami bardzo subtelnie, czasami zbyt nachalnie. Orzeszki można kupić "na kubki". Jeden kosztuje 5 tysięcy czyli ćwierć dolara.

 Ten sprzedawca rozpoczyna dzień od wypełnienia kosza dziesięcioma kilogramami orzeszków. Będzie z nim chodził praktycznie przez cały dzień usiłując wszystko sprzedać. Jeżeli ma szczęście i trafi na dużą grupę ludzi, głównie pijących piwo, wtedy skończy pracę po 4 - 5ciu godzinach.

 Jest dopiero dziewiąta a już upał daje się we znaki. Z kosza z orzeszkami niewiele ubyło. 

 Drzewa zasadzone wzdłuż ulicy rzucają na chodnik drogocenny cień.

 Kawy praktycznie nigdy nie piję się w pojedynkę, zawsze w grupie. Jeżeli ktoś siedzi samotnie na taboreciku to oznacza tylko tyle, że jego znajomi jeszcze nie przyjechali, za chwilę powinni się zjawić.

Mokre orzeszki prosto z ziemi. W środku są wilgotne i konsystencją przypominają nieco ugotowaną fasolkę.

 Nie ma dnia, żeby nie spotkać sprzedawców biletów na loterię. Tutaj żona prowadzi niewidzącego męża i stara się przekonać ludzi do kupna przyjemniej jednego losu.

 Pomoc społeczna tutaj nie istnieje. Dlatego też rodziny trzymają się razem i w ten sposób zapewniają przeżycie wszystkim swoim członkom, zwłaszcza tym niepełnosprawnym, którzy są zupełnie zepchnięci na margines społeczny. Żona wyciągająca rękę męża z losami w stronę kawiarnianych klientów.

Zdjęcia by Ania & Nguyen (przywiozłam nowy aparat z Polski, prawda, że jest różnica?) 

piątek, 30 sierpnia 2013

31.08.2013 - Sobota

Pamiętam, gdy pierwszy raz odwiedziłam Anię w jej mieszkaniu w Hanoi. Wtedy miała przytulną kawalerkę. To było niecałe dwa lata temu. Byłam totalnym świeżakiem w Azji. I tak sobie pomyślałam, że też tak chcę mieszkać. Mieć własne cztery kąty, różne rodzaje herbaty na stole i już nie musieć gnieść się po małych pokoikach. I teraz taki szczyt komfortu udało mi się wreszcie osiągnąć. Właśnie skończyłam sprzątać i robić pranie. Wszystko sama, co jest raczej moją fanaberią. Odmówiłam serwisowania mieszkania i pani sprzątająca do mnie nie przychodzi. Z kilku powodów (a na pewno nie jest nią cena, 25$ miesięcznie, sprzątanie 2 razy w tygodniu łącznie z praniem): po pierwsze chcę się czuć jak w domu a nie pokoju hotelowym a po drugie nie lubię, gdy ktoś obcy wchodzi w moją prywatną przestrzeń i dotyka moich rzeczy (już nie wspominając faktu, że żyję w zorganizowanym chaosie, którego struktur nie wolno naruszyć: wtedy dopiero bym się pogubiła i niczego nie byłabym w stanie znaleźć). Rano byłam na targu. Wreszcie mam pełną owoców lodówkę. W ciągu tygodnia niestety na nic nie mam czasu. Jeżdżę na mój „stary” targ naprzeciwko zoo. W ekspatowym Beverly Hills dominują ekskluzywne restauracje, ciężko o świeże, dobrej jakości owoce. Dzisiaj zostałam przeszkolona przez panią sprzedającą pomarańcze (które tutaj są zielone, tylko na sok), żebym wybierała te małe, bo są bardziej soczyste. I nawet zrozumiałam. Eureka! Dwa lata w Wietnamie. 

Kiedyś, będąc jeszcze na studiach, myślałam, że człowiek po ich ukończeniu umiera i już nic ciekawego go w życiu, poza bezbarwną codziennością, nie spotka. Okazuje się jednak, że nie. Dwa lata temu zakończyła się moja przygoda z uniwersytetem. I każdy kolejny dzień zdaje się zaskakiwać ten wcześniejszy i przynosi niekończące się emocje, spotkania, doświadczenia i refleksje. Ach, życie jest piękne. Jakie to banalne! 

Lubię mojego szefa. Jak to mawiają: „szanuj majstra swego, bo możesz mieć gorszego”. I ja właśnie takim przypadkiem jestem. Po jakże krótkim epizodzie w nowym przedszkolu przekonałam się, a może tylko utwierdziłam, że w pracy potrzebuję dużo swobody i tylko wtedy będę w stanie efektywnie i energicznie spełniać swoje zadania. W przedszkolu niewypale każda, nawet najdrobniejsza czynność, była uregulowania nieskończoną liczbą wytycznych i zasad. Totalnie się gubiłam w tych wszystkich oczekiwaniach i skryptach tracąc zdrowy rozsądek oraz  intuicję. Przez zaledwie dwa tygodnie dusiłam się jak w za ciasnym i za wysokim kołnierzu (prawie takim, jaki ma mój ao dai, czyli tradycyjna wietnamska tunika). W dodatku, dla mnie zbyt wiele rzeczy jest względnych i brak mi przeświadczenia o posiadania monopolu na „prawdę”. I znów jestem w Horizonie (tak się nazywa moje przedszkole, dostałam nawet własne wizytówki, de facto z literówką w nazwie szkoły, jakież to wietnamskie!). Ale tym razem już mniej się irytuję i staram się skupić tylko na swojej pracy i nie wnikać w cały system organizacyjny. Bo po co? I jest całkiem spoko. A najważniejsze, że dają mi wolną rękę i mogę robić co mi się tylko podoba.

Jestem typem, który nieustannie musi być w ruchu, w przeciwnym razie rutyna mnie zabija. Uwielbiam się uczyć, niekoniecznie na własnych błędach, ale czasami chyba nie da się inaczej. I otóż mogę teraz pewnie stwierdzić, że „pora deszczowa nie nadaje się na wysiew ziaren”. Przywiozłam z Polski torebeczki z ziołami. Dwa tygodnie temu zasiałyśmy je z Hoai wcześniej kupując ziemie i donice. Postanowiłam je przykryć folią, żeby je ochronić przed deszczem. Na początku wyglądały całkiem obiecująco, ale niestety chyba je zakisiłam. Gdy odkryłam folię było już za późno na ratunek i obfite opady deszczu dokończyły dzieła zniszczenia. I dzisiaj rano dosiałam kolejną partię. Ostatnim razem zostawiłam sporo nasion, w końcu znam siebie i mój początkujący talent ogrodniczy. Tytułu działkowca miesiąca raczej nie mam szans uzyskać. Tym razem wstawiłam skrzynki do domu na parapet, przy okazji powylewały się z nich hektolitry wody.  Może coś wyrośnie.